Do śmiertelnego w skutkach wypadku doszło na ulicy Kościelnej w Zazdrożu (województwo małopolskie) w piątek po godzinie 20:00. Na poboczu drogi został wówczas znaleziony nieprzytomny 15-latek, którego obrażenia wskazywały na to, że jest on ofiarą potrącenia przez samochód. Na miejsce wezwano śmigłowiec Lotniczego Pogotowia Ratunkowego, bo jego stan był krytyczny. Trafił do szpitala pod opiekę specjalistów. Niestety, mimo wysiłków lekarzy Adama nie udało się uratować. Prokuratura w Krakowie potwierdza, że chłopiec nie przeżył. To oznacza, że zmienione zostaną zarzuty względem Konrada K., sprawcy wypadku, który nie tylko potrącił chłopaka, ale również uciekł z miejsca zdarzenia i zostawił go na pastwę losu. Pokrzywdzonego przy drodze znalazł dopiero jego tata, który niepokoił się brakiem kontaktu z synem.
Czytaj także: 15-latek potrącony w Zadrożu nie żyje! Wstrząsające wieści ze szpitala. Tata odnalazł syna przy drodze
Tymczasem w mediach milczenie w tej sprawie przerywają bliscy głównego podejrzanego. "Fakt" relacjonuje, że Konrad K. poinformował babcię o wypadku, ale nie wspomniał o potrąceniu 15-letniego Adama. - Powiedział mi, że wjechał samochodem w znak drogowy. Ma stłuczoną szybę w aucie. Pocieszyłam go, żeby się nie martwił, że dam mu pieniądze na naprawę - wyznała starsza kobieta. Młodszy brat zatrzymanego dodawał, że na szybie były ślady pęknięcia od strony pasażera oraz urwany był przedni reflektor. To był samochód należący do ojca Konrada, tego dnia wziął go i pojechał na mecz, który zorganizowali jego znajomi.
Gdy wrócił, zachowywał się tak, jakby nic się nie stało. - Garnki pomył, podłogę zamiótł, jeszcze pierogów ugotował - wyliczała w "Fakcie" pani Zofia. Później 26-latek szykował się na mecz piłkarski w Olkuszu, na który miał pojechać z ojcem. Już się tam nie zjawił. Szczegóły poniżej.
Z mediów dowiedzieli się, że Konrad jest poszukiwany. Babcia: "Żadnej krwi nie widziałam"
Konrad K. wyjechał z domu znacznie wcześniej, tata miał do niego dołączyć. Ale 26-latek na meczu się nie pojawił, wyłączył też telefon. Z mediów jego rodzina dowiedziała się, że jest poszukiwany. - Szukaliśmy go, baliśmy się, że odebrał sobie życie - wyznali. Jak twierdzą, policjanci próbowali straszyć ich konsekwencjami za "ukrywanie Konrada", mimo że nie znali szczegółów wypadku i potrącenia. Uwierzyli w wersję wydarzeń, którą przedstawił im Konrad. - Mojej babci grozili trzema latami, że widziała krew na aucie i nie reagowała - mówił w "Fakcie" Bartłomiej K., brat Konrada. - Żadnej krwi nie widziałam - dodawała babcia, pani Zofia.
Ostatecznie aplikacja w telefonie zlokalizowała Konrada w Krakowie, lecz funkcjonariusze go tam nie znaleźli. W nocy z 29 na 30 sierpnia znajoma 26-latka zadzwoniła do rodziny i przekazała, że chłopak chce się "poddać" i dobrowolnie przyjdzie na komendę. Tak też się stało. Czekał z kolegami w domku letniskowym w Zagórowej, był w złym stanie psychicznym, nie stawiał oporu podczas zatrzymania. Przyznał się do spowodowania wypadku, ale nie potrafił logicznie wyjaśnić, dlaczego odjechał - to jego zeznania potwierdzone przez prokuraturę.
"Fakt" dodaje, że po około 20 minutach Konrad K. powrócił na miejsce, widział leżącego chłopca, podobno wezwał nawet karetkę. To wszystko będzie weryfikowane podczas postępowania i śledztwa. Za spowodowanie wypadku ze skutkiem śmiertelnym grozi mu kara do 20 lat więzienia.