Niedawno minęła piąta rocznica tragicznych wydarzeń, które wstrząsnęły polską policją. Dokładnie 15 września 2020 roku jedna z funkcjonariuszek, 30-letnia Sylwia N., zniknęła bez śladu. Jej nieobecność w pracy od razu zaalarmowała koleżanki i kolegów: to było do niej niepodobne. Jak relacjonowali w późniejszych zeznaniach, do tej pory Sylwię uważano za wzorową policjantkę, bardzo pilną i pracowitą. Na co dzień stacjonowała na komisariacie w Swarzędzu w województwie wielkopolskim, zasilając jeden z oddziałów prewencji. Miała 6-letni staż pracy i – jak wyliczał Andrzej Borowiak, rzecznik wielkopolskiej policji – zajmowała się między innymi wypadkami, kolizjami, interwencjami drogowymi. Kierowała też sprawy do sądu. Nigdy wcześniej nie zdarzyło jej się bez słowa zniknąć, a tym razem przestała odbierać telefony, nie odpisywała na wiadomości, nikogo nie uprzedziła o absencji. Pierwsza skaza na jej idealnym wizerunku, jak mówili przełożeni, od razu zapaliła czerwoną lampkę nad ich głowami.
Wzorowa policjantka, kochająca mama. Co się stało, że doszło do tragedii? Policjanci wstrząśnięci
- Była świetnie przygotowana do służby. Wysportowana, profesjonalna, oddana swojej misji. Ceniono ją nie tylko za umiejętności, lecz także za empatię i życzliwość wobec innych. Dlatego kiedy Sylwia nie pojawiła się w pracy, zdenerwowani funkcjonariusze od razu zaczęli jej szukać – relacjonowali dziennikarze „Super Expressu”.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Szybko okazało się, że policjanci prowadzą poszukiwania nie tylko Sylwii, lecz również jej 9-letniego syna Wiktora, który był oczkiem w głowie kobiety. Nerwowa atmosfera dawała się wszystkim we znaki, a służby początkowo bardzo oszczędnie informowały media o przebiegu swoich działań. Pojawiały się różne plotki i domysły, brano pod uwagę co najmniej kilka scenariuszy i potencjalne przebiegi zdarzenia. Policjantka i jej syn mogli ulec wypadkowi, ktoś mógł ich porwać, zrobić im krzywdę. Chyba nikt nie chciał wierzyć w to, że Sylwia N. z własnej woli dopuściłaby się czegoś złego. A jednak to ten, wydawałoby się najbardziej nieprawdopodobny scenariusz, ziścił się na oczach mundurowych, kiedy natknęli się na samochód należący do ich koleżanki. Został porzucony nieopodal leśnego zagajnika, niedaleko Środy Wielkopolskiej.
Z ustaleń prokuratury, która prowadziła w tej sprawie postępowanie, wynikało że Sylwia N. zabrała Wiktora na przejażdżkę. Tak przynajmniej musiała mu powiedzieć. Nieświadome dziecko wsiadło do auta mamy, nie miało powodu, by jej nie ufać. Tymczasem policjantka w pewnym momencie zatrzymała pojazd w środku lasu i tam, bez świadków, na leśnej ścieżce, wyjęła służbową broń. Najpierw zastrzeliła własnego syna, a potem w ten sam sposób odebrała sobie życie.
Czytaj także: Karolina utopiła córki w szambie. 6-letnią Tosię i 7-letnią Gabrysię znalazł ich tata. Wstrząsające
- Biegły stwierdził u nich urazy czaszkowo-mózgowe, które doprowadziły do zgonu – potwierdzał prokurator Łukasz Wawrzyniak z Prokuratury Okręgowej w Poznaniu.
Sekcja zwłok zweryfikowała wstępne ustalenia śledczych i przypieczętowała ostateczną diagnozę: 9-letni Wiktor zginął w wyniku strzału w skroń z policyjnego pistoletu, a jego matka, Sylwia N., oddała śmiertelny strzał we własną głowę. Przerażająca scena, którą zastali koledzy po fachu kobiety, do dziś pobrzmiewa w ich głowach. Na ratunek było już zdecydowanie za późno. Ofiary leżały w kałuży krwi, bez żadnych oznak życia. Pozostał smutek, płacz i rozpacz, ale również kołatające się w głowach pytanie: dlaczego do tego doszło?
Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.
Babcia 9-letniego Wiktora poruszona sprawą. "Nie mogę tego pojąć"
Niedługo po tragedii reporterzy „Super Expressu” dotarli do najbliższych Sylwii N., którzy w wielkich emocjach postanowili zabrać głos w tej sprawie. Jak nietrudno się domyślić, byli poruszeni i załamani całą sytuacją. – Jeszcze kilka dni temu widziałam mojego wnuczka, był taki zadowolony. Nie mogę tego pojąć – mówiła na gorąco pani Stanisława, babcia 9-letniego Wiktora od strony ojca chłopca.
Policyjne i prokuratorskie śledztwo, jak często bywa w historiach dotyczących funkcjonariuszy, było owiane tajemnicą. Media nieoficjalne ustaliły, że nic nie zapowiadało tego rodzinnego dramatu, choć przeszłość Sylwii N. wskazywała na jej problemy w życiu prywatnym. Rozstała się z ojcem Wiktora, który wpadł w konflikt z prawem, i samotnie wychowywała syna. Pozostawała jednak w dobrych relacjach z rodzicami mężczyzny, którzy czasem opiekowali się wnukiem. Niestety, zła passa w życiu uczuciowym Sylwii nadal trwała. Jej nowy związek także się rozpadł, niedługo po zaręczynach. W przeszłości, jak ujawniono, policjantka mierzyła się ponadto z rodzinną tragedią. Brat kobiety także odebrał sobie bowiem życie. Mimo tego wszystkiego, Sylwia N. starała się być silna. Dla syna.
Zobacz również: 14-latek zabił macochę! Rozszarpał jej szyję nożem, dobijał młotkiem. Na widok 2-letniej siostry osłupiał
- Była bardzo dobrą matką, a chłopak był dla niej najważniejszy – mówili przyjaciele Sylwii w rozmowach z dziennikarzami. – Wiktor był jej całym światem – dodawali.
I choć służby robiły, co w ich mocy, próbując znaleźć odpowiedź na pytanie dotyczące tego, co bezpośrednio doprowadziło do podjęcia przez Sylwię tej dramatycznej decyzji, to właściwie nigdy nie poznaliśmy kulisów całego zdarzenia. Nie udało się ustalić, czy ktoś namawiał lub udzielał pomocy w targnięciu się na życie kobiety. Długa i żmudna praca wielu prokuratorów nie przyniosła wyczekanych rezultatów, Przeprowadzono różne ekspertyzy, przesłuchano łącznie aż 97 świadków, niektórych kilkakrotnie, i nic. Śledczy analizowali nawet sprawy kryminalne, którymi w pracy zajmowała się 30-latka, lecz to również nie doprowadziło do przełomu. Prokurator Ewa Woźniak z jednostki w Koninie, w rozmowie z „Super Expressem” rozkładała ręce, tuż po tym, jak prokuratura zdecydowała o umorzeniu postępowania. Nie ustalono powodów popełnienia zbrodni oraz odebrania sobie życia przez policjantkę.
Bez słowa pożegnania. Sylwia nikomu nie wyznała prawdy. Zabrała ją do grobu
Sylwia N. nie zostawiła po sobie żadnego pożegnalnego listu, nikomu nie powiedziała też, co ją trapi i co zamierza zrobić. Wydawało się, jakby decyzję podjęła spontanicznie. Czy rzeczywiście tak było, czy może funkcjonariuszka wcześniej wszystko zaplanowała? Czy pojawił się jakiś impuls, który skłonił ją do ziszczenia wstrząsającego planu? Po prostu: dlaczego do tego doszło? I czy życie musiało też stracić niewinne dziecko? To zaledwie kilka z wielu pytań, najczęściej pojawiających się w tej sprawie, na które nigdy nie uzyskaliśmy odpowiedzi.
Sylwia N. została pochowana wraz z synem w jednej trumnie. Podczas ostatniego pożegnania, ksiądz apelował do zgromadzonych, aby powstrzymali się od oceniania kobiety. Jednocześnie prosił, by każdy pomodlił się za zmarłych. - Teraz wspominamy nasze ostatnie rozmowy i gesty. Patrzymy w klisze swojej pamięci. Okazuje się, że w życiu nie wszystko jest tak, jak byśmy chcieli – mówił duchowny. – Nie zapomnimy o nich – deklarowali zgodnie mieszkańcy, którzy wypowiadali się przed kamerami.
Pani Stanisława, babcia chłopca, wspomina że w ostatni weekend przed tragedią, kiedy Wiktorek u niej spał, wszystko było dobrze. Chłopiec zachowywał się tak, jak zwykle. – Gdy Sylwia po niego przyjechała, też zachowywała się normalnie. Co się stało w tamtym lesie? Nie wiem. Zabrali tajemnicę do grobu – relacjonowała kobieta.
Policjanci nie wiedzieli o problemach koleżanki z pracy. "Nie możemy zrozumieć"
Na sam koniec głos zabrał jeszcze sołtys, który postanowił ukrócić wszelkie domysły w tej sprawie i plotki, które wśród mieszkańców zaczęły rosnąć na sile. – Na prośbę rodziny, sołtys i Rada Sołecka wydali oświadczenie następującej treści: zwracamy się z prośbą do mieszkańców o zaprzestanie rozsiewania plotek związanych z tym wydarzeniem i pozwolenie bliskim w spokoju przeżywać żałobę – apelował sołtys Mateusz Ciołek w mediach społecznościowych.
Mimo że nie dowiedzieliśmy się, co oficjalnie stało za tym, czego dopuściła się kobieta, to w kuluarach mówiło się o jej licznych problemach osobistych, w tym relacjach damsko-męskich, których nie potrafiła w swoim życiu ułożyć. – Nie możemy zrozumieć, dlaczego doszło do tej tragedii – powiedział młodszy inspektor Andrzej Borowiak. - Wydaje nam się, że gdyby nasza koleżanka podzieliła się z kimkolwiek swoimi osobistymi problemami, to być może udałoby się uratować życie jej i jej syna – podsumował w mediach, wyraźnie poruszony.
Niestety, wygląda na to, że prawda już nigdy nie ujrzy światła dziennego.