Atak niedźwiedzia w Bieszczadach. Ranny to aktywista ekologiczny
W niedzielę, 12 listopada w Bieszczadach mężczyzna został zaatakowany przez niedźwiedzia. Zwierzę zadało mu rany szarpane i kąsane twarzoczaszki, a także ramienia, nóg oraz pleców. Mężczyzna trafił do szpitala w Krośnie. Nadleśnictwo Lutowiska przekazało, że poszkodowanym jest jeden z członków organizacji ekologicznej Inicjatywa Dzikie Karpaty.
- W sierpniu tego roku otrzymaliśmy pismo od Inicjatywy Dzikie Karpaty i Fundacji Siła Lasu, o konieczności natychmiastowego wstrzymania wszelkich zabiegów gospodarki leśnej w tym wydzieleniu leśnym. Jednocześnie w sierpniu do Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Rzeszowie wpłynął wniosek od aktywistów o utworzenie strefy ochronnej wokół miejsca gawrowania niedźwiedzia. Zgodnie z zaleceniami RDOŚ do 31 października zakończono prace w tym wydzieleniu i powieszono fotopułapkę, która miała monitorować okolicę gawry. O tym, że trwa procedura w sprawie utworzenia strefy doskonale wiedzieli aktywiści IDK. Niestety, w niedzielny wieczór 12 listopada naruszyli spokój gawrującego zwierza, prowokując dramatyczną sytuację, której stali się uczestnikami. Podkreślam fakt, że skoro sami składali wniosek o utworzenie strefy, winni zachować reguły, jakie wynikają z tej sytuacji. O całym zadrzeniu nadleśnictwo powiadomiło Policję i Regionalną Dyrekcję Ochrony Środowiska w Rzeszowie. Wyrażając współczucie osobie poszkodowanej, życzymy jej szybkiego powrotu do zdrowia. Jednocześnie przypominamy o zasadach zachowania się w ostojach dzikich zwierząt, o zakazie ich płoszenia, zwłaszcza w odniesieniu do niedźwiedzi szykujących się na zimowy spoczynek - czytamy w oświadczaniu Nadleśnictwa Lutowiska.
Towarzysz poszkodowanego wyraził ubolewanie. "Zakłóciliśmy spokój niedźwiedzia"
W rozmowie z PAP Łukasz Synowiecki, towarzysz zaatakowanego mężczyzny wyraził ubolewanie z powodu zaistniałej sytuacji. - Odwiedziliśmy wydzielenie, w którym latem tego roku odkryliśmy wycinkę prowadzoną w pobliżu gawry niedźwiedzia. Samego ataku na kolegę nie widziałem, usłyszałem tylko jego krzyki i ryk zwierzęcia. Sam zacząłem krzyczeć i biec w tamtym kierunku, niedźwiedź wówczas odpuścił atak i uciekł. Nie zastosowaliśmy się w pełni do zasad bezpieczeństwa. Obaj dochodzimy teraz powoli do siebie, ale nie zmienia to faktu, że czujemy się źle z sytuacją, w której, działając z dobrych pobudek, zakłóciliśmy spokój niedźwiedzia. Gdyby była ustanowiona tam strefa ochronna nie doszłoby do tej sytuacji - powiedział Synowiecki.
Aktywista zarzuca leśnikom, że przeprowadzili w pobliżu gawry, wycinkę drzew, według niego w odległości tylko 60 metrów. Synowiecki zwrócił uwagę, że na Podkarpaciu są tylko dwie strefy ochronne dla niedźwiedzi. Jego zdaniem, pracownicy Lasów Państwowych świadomie tych miejsc (gawr) nie zgłaszają.