Wieczorem stwierdzono infekcję krtani, rano 17-miesięczny Maksiu już nie żył [WIDEO, GALERIA]

2020-08-19 17:12 Beata Olejarka, AP
MAKSIU
Autor: Beata Olejarka MajiMarusiak i Mariuszowi Pankowi po ich ukochanym synku zostały tylko zdjęcia Maksia

Rodzinny wyjazd nad morze był zaplanowany w każdym calu. Po wspólnym tygodniu nad Bałtykiem rodzice z siedemnastomiesięcznym Maksiem mieli wrócić do Łańcuta (woj. podkarpackie). Niestety pod koniec urlopu dziecko źle się poczuło, rodzice udali się z maluszkiem do puckiego szpitala. Tam doktorka stwierdziła, że dziecko ma infekcje krtani i odesłała chłopca bez wykonywania badań do domu. Maluszek dostał jeszcze jakiś zastrzyk. Następnego dnia rano już nie żył.

To miał być wymarzony urlop, który rodzice Maksia – Maja Marusiak (39l) i Mariusz Panek (40l) z Łańcuta, planowali już od dawna.

– Synek bardzo się cieszył, był taki szczęśliwy. Prawie codziennie byliśmy na plaży, odwiedziliśmy ZOO w Gdańsku. Nie było z nim żadnych problemów – przyznaje Mariusz Panek. Te zaczęły się w czwartek, na dwa dni przed wyjazdem. – Synek dostał wodnisty katarek, ale początkowo nie niepokoiliśmy się tym zanadto, bo już wcześniej taki miewał szczególnie jak ząbkował– opowiada pani Maja.

W piątek po południu Maksiu poczuł się gorzej.

– Był marudny, rozdrażniony. Miał stan podgorączkowy i zaczął ciężko oddychać – tak charczeć – przyznają rodzice chłopca. – Nie tyle niepokoił nas katarek, co właśnie ten oddech synka. A gdy przyłożyłam mu rękę do piersi, wyczułam, że drga przy oddechu. Nigdy wcześniej czegoś takiego u niego nie widziałam. Maksiu wcześniej raczej nie chorował. Antybiotyk dawałam mu może ze dwa razy w życiu – opowiada pani Maja.

Rodzice zaczęli szukać palcówki medycznej, która ich przyjmie, żeby obejrzeć dziecko. Około 20.00  trafili do puckiego szpitala. Tam Maksia stetoskopem przebadała doktorka i uspokoiła rodziców. 

- 3 razy dotknęła go stetoskopem i powiedziała, że ona nic niepokojącego nie słyszy i że sprawdzi jeszcze gardełko. Włożyła synkowi patyczek do buzi i powiedziała, że nie stwierdza żadnej infekcji bakteryjnej ani wirusowej. Dodała, że katarek spływa synkowi na krtań, przez co ją podrażnia i w związku z tym jego oddech jest ciężki. Na koniec zapytała mnie jeszcze czy wyrażam zgodę na zastrzyk, który ułatwi synkowi oddychanie. Nie zapytała o wagę Maksia, o to czy jest uczulony. Jednak wówczas to nie wzbudziło moich podejrzeń dziecko dostało zastrzyk i ruszyliśmy w drogę do domu- relacjonuje mama chłopczyka. W trakcie  wielogodzinnej, nocnej podróży do Łańcuta Maksiu cały czas był świadomy. – To spał, to się budził, troszkę jadł, pił, ale cały czas ciężko oddychał. Jedyne co, to przestał mu spływać katarek – opowiada pan Mariusz.

Rodzina do domu przyjechała ok.  5.30. położyli się do łóżka i wszyscy zasnęli. Około 9.00 matka chłopca wstała wypakować walizki z samochodu. W tym czasie z dzieckiem był tylko ojciec, który natychmiast usłyszał, że dziecko przestało oddychać, rozpoczął reanimację. Potem przyjechały dwa zastępy pogotowia, które kontynuowały walkę o życie dzieciątka. Po ponad godzinnej reanimacji lekarz stwierdził zgon maluszka. Prokuratura Rejonowa a w Łańcucie wszczęła postępowanie  ws. śmierci malca

- Postanowieniem z dnia 12 sierpnia prokuratura wszczęła śledztwo ws. narażenia małoletniego na bezpośrednie niebezpieczeństwo utraty życia przez lekarza pełniącego dyżur w Poradni Nocnej i Świątecznej Opieki Zdrowotnej i nieumyślnego spowodowania śmierci pokrzywdzonego - informuje Marek Jękot Prok. rejonowy.

Wstępne wyniki sekcji zwłok mówią o ostrej rozedmie płuc i obrzęku mózgu. Rodzice Maksia są załamani. W ich domu panuje cisza, po starcie jedynego wspólnego dziecka. Zapowiadają, że zrobią wszystko, żeby wyjaśnić tę sprawę. Chociaż Pucki szpital tłumaczy, że wszytko zostało wykonane zgodnie z procedurami rodzice uważają, że dla ich dziecka można było zrobić więcej, chociaż jakiekolwiek badania, które mogłoby pomóc w diagnozie.

Nasz syn zmarł kilka godzin po wizycie w szpitalu

Masz podobny temat?

Napisz do autora tekstu:

podkarpacie@se.pl