Łańcut: Mieliśmy odwiedzić cmentarze, a nie JEGO GRÓB! Dramat rodziców Maksia [WIDEO, ZDJĘCIA]

2020-10-29 16:42 Beata Olejarka

Maja Marusiak (39 l.) i Mariusz Panek (40 l.) z Łańcuta ciągle nie znaleźli ukojenia, po tym jak ich siedemnastomiesięczny synek zmarł. Malutki Maksiu był z rodzicami na wakacjach nad polskim morzem. To tam zaczęła się tragedia, od której minęły niespełna trzy miesiące. Chłopiec umarł kilka godzin po wizycie w szpitalu, gdzie rodzice mieli usłyszeć, że dziecku nie dolega nic poważnego. Gdy wrócili do domu, ich świat się zawalił. Z trudem wracają do tego do tego dramatu. 1 listopada na cmentarz chcieli zabrać dziecko, zamiast tego muszą odwiedzić jego grób.

Maksiu był długo wyczekiwanym dzieckiem. Jedyny wspólny potomek pani Mai i Pana Mariusza. Urodził się całkowicie zdrowy. Był pełen energii. Absorbował kochających go nad życie rodziców jak każdy malec. Dawcy życia, którzy wracają do 17 miesięcy, które było im dane przeżyć z tym malutkim blondynkiem z pulchną buzią, ocierają łzy. Wspominają, jak chłopczyk udawał, że gotuje, jak wspólnie wychodzili z nim na spacery i biegali. Jak pokazywali mu świat, uczyli chodzić, karmili i podawali rękę gdy ten się potknął. Na internetowym blogu ciągle dzielą się swoim bólem i opisują sytuacje z życia Maksia.

Zobacz też: Wieczorem stwierdzono infekcję krtani, rano 17-miesięczny Maksiu już nie żył [WIDEO, GALERIA]

Ostatni dzień lata, a za oknem już kolorowe, jesienne liście. To mogła być Twoja druga jesień, Maksiu. Zbieralibyśmy razem kasztanki i szukali kolorowych liści, które potem chowałbyś do swojego wózeczka. Tak, jak ukochane kamyczki, które nam po Tobie pozostały... Nie wyrzuciliśmy ich, nie martw się o to. Czekają cierpliwie na Ciebie w domku. Kiedyś jeszcze zbierzemy razem kolejne. A od wykonania tego zdjęcia minie za kilka dni równy rok. Byłeś wtedy taki malutki – czytamy w jednym z postów.

1 listopada mieliśmy odwiedzić groby z dzieckiem, nie dziecka

Dlaczego tych dwóje rodziców 1 listopada musi odwiedzać swojego synka na grobie, zamiast zabrać go na magicznie kolorowy cmentarz, pokazać palące się znicze bądź tłumaczyć do kogo właśnie przyszli? Cały dramat rozpoczął się, kiedy rodzina wyjechała na wymarzony i w każdym calu zaplanowany urlop nad polskim morzem. W podróż wyruszali samochodem. Pierwsze kilka dni było fantastycznych. Pełen przygód czas dla małego Maksia. Wodne kąpiele, piasek, wspólne spacery i zwiedzanie. Zabawom i radości nie było końca. Problemy rozpoczęły się dwa dni przed planowanym powrotem.

Synek dostał wodnisty katarek, ale początkowo nie niepokoiliśmy się tym zanadto, bo już wcześniej taki miewał, szczególnie jak ząbkował – opowiada pani Maja. Jednak coś, co naprawdę zaniepokoiło rodziców, działo się potem. – Maksiu zrobił się marudny, był rozdrażniony. Miał stan podgorączkowy i zaczął ciężko oddychać, tak charczeć – przyznają rodzice chłopca. – Nie tyle niepokoił nas katarek, co właśnie ten oddech synka. A gdy przyłożyłam mu rękę do piersi, wyczułam, że drga przy oddechu. Nigdy wcześniej czegoś takiego u niego nie widziałam. Maksiu wcześniej raczej nie chorował. Antybiotyk dawałam mu może ze dwa razy w życiu – opowiada pani Maja.

Zaniepokojeni rodzice udali się po pomoc do Szpitala Puckiego. Tam zostali przyjęci przez dyżurującą lekarkę.

 Trzy razy dotknęła go stetoskopem i powiedziała, że ona nic niepokojącego nie słyszy i że sprawdzi jeszcze gardełko. Włożyła synkowi patyczek do buzi i powiedziała, że nie stwierdza żadnej infekcji bakteryjnej ani wirusowej. Dodała, że katarek spływa synkowi na krtań, przez co ją podrażnia i w związku z tym jego oddech jest ciężki. Na koniec zapytała mnie jeszcze czy wyrażam zgodę na zastrzyk, który ułatwi synkowi oddychanie. Nie zapytała o wagę Maksia, o to czy jest uczulony. Jednak wówczas to nie wzbudziło moich podejrzeń, dziecko dostało zastrzyk i ruszyliśmy w drogę do domu – relacjonuje mama chłopczyka.

Rodzice Maksia zdecydowali się skrócić urlop, aby nie męczyć Maksia. Uspokojeni zapewnieniami lekarza, pojechali na Podkarpacie. Mieli pytać, czy podróż nie zaszkodzi dziecku. Lekarka miała stwierdzić, że mogą bez obaw wracać. Nad ranem byli już w Łańcucie. Ostatni raz ucałowali synka i położyli go do łóżeczka. Sami też zasnęli. Cztery godziny później ojciec chłopca z przerażeniem spojrzał na dziecko, bo nie słyszał jego ciężkiego oddechu. Natychmiast zaczął go reanimować. Potem resuscytację krążeniowo-oddechową przejął Zespół Ratowników Medycznych.

Niestety, mimo wytężonych starań medyków, życia Maksia nie udało się uratować. Jego iskierka zgasła zaledwie kilka godzin po wizycie w szpitalu. Rzeszowska prokuratura prowadzi postępowanie wyjaśniające, które ma odpowiedzieć na pytanie, czy lekarka z puckiego szpitala nie popełniła błędu. Jednak z nieukojonym żalem i pustką zostali rodzice chłopczyka, który żył tylko siedemnaście miesięcy. Teraz, zamiast patrzeć, jak maluszek biega po swoim kolorowym pokoiku, wypełnionym pluszakami i samochodzikami, stoją nad mogiłą chłopca. Nie kupują mu już ulubionych zabawek i bucików, jedynie znicze i kwiaty.

Kolejne lampiony staną na grobie Maksa 1 listopada. Mają przypominać o bólu rodziców i tragedii, jaka ich dotknęła. O tym, że nie mogą zabrać swojego ukochanego synka na spacer. Mogą tylko przyjść do niego i opowiedzieć mu jak minął ich dzień i jak bardzo brakuje im tego promyczka słońca, którym był ich synek. Z niczym nie da się porównać bólu rodziców, którzy muszą wybrać dziecku nagrobek, zamiast zrobić z nim bazę z kartonów, albo namiot z kocyka. To jedne z najtrudniejszych momentów w życiu rodziców, kiedy muszą stanąć nad grobem swojego ukochanego dziecka. Nigdy tak nie powinno być. Oni ciągle czekają, aż Maksiu wyjdzie z ciemności i swoją malutką rączkę włoży w ich dłoń, by mogli prowadzić go przez życie.

Masz podobny temat? Napisz do autora tekstu: podkarpacie@se.pl.