Zginął z rąk nożownika. Ksiądz Stasio uprawiał ogródek i zapraszał na herbatę. „Nasz dziadzio w sutannie”

Boży człowiek - mówi się o takich, którzy całym sobą świadczą o tym, że Bóg istnieje i jest pełen miłości i miłosierdzia. Taki był ks. Stanisław Zbojnowicz (+65 l. ), zamordowany przez Ihora M. (31 l.) w kościele na terenie Opactwa w Jarosławiu na Podkarpaciu. Wierni mówili o nim „Nasz dziadek“, „ks. Stasio“, nawet tym podkreślając jego ciepło i uwagę dla drugiego człowieka. Kiedy nie spowiadał i nie pomagał przy jarosławskiej świątyni, prawie na pewno był w swoim domku z ogródkiem, który odziedziczył po rodzinie na wsi pod Przeworskiem. A tam doglądał ogródka, cieszył się kwiatami i częstował herbatą - wszystkich, bez wyjątku, którzy przyszli w gościnę.

Ksiądz Stanisław, mimo że przeszedł już na emeryturę, apetytem na życie i energią mógłby obdzielić tuzin innych osób.

- To był taki nasz dziadek, mówiliśmy o naszym księdzu Stasiu właśnie tak: nasz dziadzio w sutannie - opowiada SE pani Katia, Ukrainka pracująca w kuchni klasztornej. - Pozawczoraj (przedwczoraj) świętował urodziny, każdy przychodził mu z życzeniami.

A potem dodaje:

- Jak to może być, że XXI wieku dochodzi do takich rzeczy i to w kościele. Byłam przekonana, że kościół to najbezpieczniejsze miejsce na świecie...

Ks. Zbojnowicz pomagał w kościele, bardzo często można było go spotkać w konfesjonale, był tam przecież w chwili, kiedy do środka wszedł uzbrojony w kuchenny nóż Ihor M. Posługę przy sakramencie pokuty traktował jako swą powinność, jako coś, czym może służyć innym.

Najlepiej czuł się na wsi. Ksiądz Stasiu uprawiał ogródek i zapraszał na herbatę

Najlepiej zaś wypoczywał u siebie, w położonej urokliwie wiosce Grzęska pod Przeworskiem. Tam się wychował, tam wyremontował stary, drewniany domek i tam czuł się jak "u Pana Boga za piecem", jak mawiał. Kiedy tylko mógł, wsiadał w swe wysłużone audi i jechał do Grzęski. Odwiedzał grób rodziców na miejscowym cmentarzu i gospodarzył. Uwielbiał swój ogródek, warzywa z niego, jabłka, którymi częstował wokoło.

- To było szczęście mieć takiego sąsiada - przyznaje w rozmowie z Super Expressem Zbigniew Kiszka, sołtys wsi. W sporej wsi, z przystankiem kolejowym, kościołem i drużyna sportową nie ma nikogo, kto by księdza Stasia nie znał. Spokojny, taki spokojny i opanowany, a przy tym niezwykle skromny. Nie był milczkiem, ludzie do niego lgnęli.

- Czuło się w nim dobro i chęć pomocy, takie ciepło. Taki ksiądz z powołania, w dobrym, starym stylu....

Sołtysowi wtórują inni.

- Chodził po wsi, odwiedzał ludzi, a ludzie odwiedzali jego. Chętnie zapraszał na herbatę - mówią. - Zawsze najpierw widział człowieka, a potem przepis. Człowiek jest najważniejszy dla Boga, tłumaczył.

Daniel Krawiec, wójt gminy Przeworsk także przegadał z księdzem Stasiem to i owo.

- Był takim człowiekiem, który każdego chciał wysłuchać i zawsze znalazł czas, żeby to zrobić - mówi wójt Krawiec.

Rewolucja w krakowskim szpitalu. Roboty zaczęły produkować leki

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki

ROLKI