Spis treści
Zwykła grypa omal nie zabiła nastolatka
- Strach, strach, strach. To jest taki strach, lęk o własne dziecko. No, nie da się tego opisać. Kiedy doktor Maciej Urlik, już w pierwszej rozmowie, powiedział do mnie, że "jest cień nadziei" na uratowanie syna, to dla mnie było coś niemożliwego i wtedy dopiero po prostu poczułam, że naprawdę walczymy dalej - mówi niemal ze łzami w oczach pani Joanna, matka nastoletniego Kacpra.
Dziś ten stan niesamowitego napięcia i stresu jest już historią. Życie Kacpra wisiało na włosku. Chłopaka "załatwiła" zwyczajna grypa. To ona zaatakowała jego płuca, doprowadziła od wstrząsu septycznego, masowych krwotoków i wielonarządowej niewydolności - nerek, serca. Nastolatek trafił najpierw do Górnośląskiego Centrum Zdrowia Dziecka, potem przetransportowywano go do Śląskiego Centrum Chorób Serca w Zabrzu. Tam Kacper stoczył kilkumiesięczna walkę o życie.
- Pojechaliśmy do Katowic ocenić stan pacjenta. Zastaliśmy młodego człowieka w skrajnie ciężkim stanie. Był podłączony do dwóch respiratorów i do aparatury ECMO (podtrzymującej życie, zastępującej pracę płuc). Jedno płuco Kacpra właściwie pękło i bardzo mocno krwawiło. Miało dziurę wielkości mniej, więcej 10 centymetrów. Był wstrząs septyczny. Grypa zrobiła swoje, czyli zniszczyła co się da. Utorowała drogę infekcji bakteryjnej i wirusowej. W takim stanie transportowaliśmy pacjenta do naszego szpitala - opowiada dr Maciej Urlik, szef oddziału transplantacyjnego w ŚCCS.
Uratowali go lekarze z Zabrza
Lekarze na początku zmagań o życie Kacpra założyli, że usuną mu jedno płuco. To pęknięte i krwawiące.
- Chcieliśmy zobaczyć, czy to drugie płuco ma szansę się chociaż trochę poprawić, żeby w takim stanie Kacper mógł czekać na przeszczep, na dawcę. Okazało się jednak, że nie trzeba było tego krwawiącego płuca usuwać.Krwawienie udało się opanować nie metodą chirurgiczną, tylko farmakologicznie. To nam dało trochę więcej czasu na to, żeby zrobić taką dokładniejszą kwalifikację do transplantacji i czekać na dawcę - wyjaśnia dr Urlik.
Wówczas zespół pod kierownictwem Macieja Urlika postanowił postawić wszystko na jedną kartę. Kacper był w tak tragicznym stanie, że właściwie wszytko przemawiało za tym, żeby transplantacji nie przeprowadzać. Zdecydowano jednak o dokonaniu operacji.
- Podjęliśmy w pewnym sensie ryzyko, czyli wykonamy transplantację pomimo takiego mocno obciążającego czynnika, jakim jest infekcja bakteryjna i grzybicza. Jednak wiedzieliśmy, że ognisko tej infekcji jest w tych zniszczonych płucach i te płuca po prostu musimy eksplantować, żeby mieć szansę na wyleczenie i tą transplantację zaproponowaliśmy pomimo niewydolności wielonarządowej i infekcji ogólnoustrojowej. Zabieg miał miejsce dwa tygodnie po przyjęciu Kacpra do nas. Musieliśmy zmodyfikować jeszcze to ECMO, żeby ono wspomagało zarówno pracę płuc, jak i pracę serca. Stosowaliśmy u Kacpra zarówno przed, jak i po operacji, terapię nerkozastępczą, bo nerki również były w tym czasie niewydolne. Zabieg trwał około 13 godzin i udało się skutecznie usunąć zniszczone płuca i wszczepić na to miejsce płuca od dawcy - tłumaczy dr Urlik.
Wykonanie udanego przeszczepu to był jednak dopiero początek całego leczenia.
- Transplantacja to była jedyna szansa, tak naprawdę, żeby uratować życie pacjenta. To był początek drogi, ponieważ Kacper hospitalizowany jest w zasadzie w sposób ciągły od blisko ośmiu miesięcy. Przez ten czas mieliśmy do czynienia w zasadzie z wszelkimi możliwymi komplikacjami, które mogły dotyczyć pacjenta w okresie pooperacyjnym. Natomiast to, o czym warto tutaj wspomnieć, to jest to ogromna praca w zasadzie setek osób i lekarzy przeróżnych specjalności, pielęgniarek, fizjoterapeutów, psychologów, dietetyków, bo też zwróćmy uwagę, że tutaj kwestia odżywienia jest szalenie ważna - zwraca uwagę Anna piór, anestezjolog.
Długa rehabilitacja
Po operacji Kacper był wspierany również przez zespół pielęgniarski i fizjoterapeutyczny.
- Te prawie osiem miesięcy, które spędziliśmy z Kacprem, ale też i jego rodzicami, to czas, w którym bardzo się zżyliśmy. Chcieliśmy jako zespół pielęgniarski stanąć na bardzo wysokim poziomie. Praca nad Kacprem wymagała od nas całkowitego zaangażowania, doświadczenia, to były wielogodzinne ciężkie dyżury, musieliśmy dbać o to, żeby zachować jego komfort, przede wszystkim bezpieczeństwo, reagować na każdą zmianę, która występuje. Oprócz stałej opieki pielęgniarskiej zależało też nam, żeby zapewnić bezpieczeństwo takie trochę psychiczne dla Kacpra, żeby wiedział, że znajduje się w miejscu, w którym mu nie zagraża nic i chcieliśmy to samo bezpieczeństwo zapewnić na pewno też rodzicom, którzy zostawiają swoje dziecko, tak na dobrą sprawę na tak długi okres czasu.
w rękach, które chcieliśmy im powiedzieć, że są po prostu pewne, że mogą jechać do domu, odpocząć i wrócić do nas na 14 do Kacpra i znowu z nim posiedzieć.Bardzo nam zależało, żeby zapewnić taki komfort psychiczny i rodzicom, i Kacprowi - opisuje pielęgniarka Wiktoria Majchrzak.
Kacper był przez wiele tygodni w śpiączce. To spowodowało, że jego siła fizyczna po prostu zaniknęła. Kacper pod opieką fizjoterapeutów pokazuje, że walka, determinacja mogą zdziałać bardzo dużo w powrocie do sprawności.
- Układ mięśniowy Kacpra stracił jakąkolwiek silę, jakąkolwiek wydajność. Naszym zadaniem było przywrócenie tej siły. A także spowodowanie, by jak najprędzej pacjent przestał korzystać z aparatury wspomagającej, z respiratora. Gdy Kacper się wybudził nie mógł ruszyć ani nogami, ani rękami. Teraz już porusza się samodzielnie. Wiedzieliśmy, że był bardzo aktywny przed chorobą. Cały czas odbudowujemy tę aktywność pacjenta. Siła mięśniowa jeszcze wymaga u niego wiele pracy - opowiada fizjoterapeuta Łukasz Lech.
Świętował "osiemnastkę" w szpitalu
Kacper wciąż nie opuścił szpitala. W lipcu świętował tam nawet własne 18. urodziny. Były balony i tort.
- No nie była to typowa "osiemnastka", ale była bardzo udana. Bardzo chciałbym podziękować za zorganizowanie jej, bo nie spodziewałem się tego i jest mi bardzo miło - mówi Kacper. - Co dalej? Na pewno ciągle rehabilitacja. Chciałbym też wrócić do szkoły. Jestem do tyłu całe półrocze, muszę dużo nadrabiać. To, co zrobił dla mnie cały zespół, zespół lekarski, zespół pielęgniarski, zespół fizjoterapeutów, naprawdę bardzo mocno mnie wspierali. Myślę, że gdyby nie to, jak duże wsparcie tutaj dostałem, naprawdę mógłbym mieć bardzo ciężko się przystosować, do nowej sytuacji. Jestem za to bardzo wdzięczny - dodaje nastolatek.