Tragiczne sceny w Gilowicach w województwie śląskim rozegrały się w czwartek, 22 października 2020 roku, na ulicy Zakopiańskiej. Minęła godzina 15:00, kiedy ciężarna 36-letnia Małgorzata wraz z 3-letnią córeczką Laurą postanowiły wybrać się do sąsiadki na kawę. Miały poplotkować i miło spędzić czas. Nieco dalej obserwował je mąż i ojciec, pan Andrzej, który wzrokiem odprowadzał najbliższe mu osoby. Wtedy stało się coś strasznego. Kilka minut po godz. 15:00 kobieta usłyszała pisk opon. To samochód osobowy marki Hyundai pędził w ich kierunku. 68-letni kierowca, który prowadził auto, nagle stracił panowanie nad pojazdem. Najpierw zjechał nieco do przydrożnego rowu, gdzie otarł się o drzewo. Gosia z córką stały za blisko i nie zdążyły odskoczyć, gdy samochód odbijając się od drzewa z impetem w nie uderzył. Najbardziej ucierpiała ciężarna matka, która zasłoniła córeczkę. Została wręcz przygnieciona przez samochód.
Na miejsce przyjechały wszystkie służby: policja, straż pożarna, pogotowie. Przed godz. 16:00 spod auta kobietę wyciągali strażacy. Pomagał im mąż i ojciec poszkodowanych, który natychmiast przybiegł na miejsce zdarzenia, gdy zobaczył z daleka, co się stało. Z zeznań mężczyzny wynikało, że sprawca wypadku nie pomagał w ratowaniu poszkodowanych, mimo że był lekarzem. Patrzył jedynie na rozwój wydarzeń, potem zbierał części z uszkodzonego pojazdu. Nie wezwał karetki, nie podszedł nawet do poszkodowanych.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Kiedy udało się wydostać Małgorzatę, rozpoczęła się walka o jej życie. Niestety, mimo przeprowadzonej reanimacji kobieta zmarła – na rękach męża. Lekarz na miejscu stwierdził jej zgon. W tym samym czasie medycy walczyli o życie 3-letniej dziewczynki. Jej obrażenia okazały się bardzo poważne. Została przetransportowana śmigłowcem Lotniczego Pogotowia Ratunkowego do szpitala w Krakowie. Jej stan zdrowia lekarze określali jako krytyczny. Na miejscu przez długi czas pracowały służby, do których dołączyli między innymi przedstawiciele prokuratury. Dopiero po godz. 19:00 droga została odblokowana.
Mąż biegł do żony, babcia ratowała wnuczkę. Wstrząsające sceny w Gilowicach
Pan Andrzej był wstrząśnięty tym, co się stało. W rozmowie z „Super Expressem” mówił, że nie rozumie, jak można jechać rowem melioracyjnym ponad 25 metrów i nie hamować, nie widzieć osób przed sobą. Później wyznał, że pierwszą znalazł Laurę, 3-letnią córeczkę. Leżała na plecach. Oddychała, ale była nieprzytomna. W oddali widział biegnącą mamę i zaczął do niej krzyczeć, by poszła do wnuczki, a on poszuka żony – Gosi. Leżała z przodu samochodu. Biegł do niej i wołał, że Laura żyje, że oddycha, chciał podnieść ukochaną na duchu. Przytulił ją i powiedział, że bardzo ją kocha, że karetka już jedzie i żeby go nie zostawiała. Pan Andrzej powiedział naszym reporterom wprost, że był to prawdziwy koszmar: „widok zakrwawionej żony i oczy patrzące na mnie zostaną ze mną aż do śmierci”, podkreślał. Kobieta bardzo chciała mu odpowiedzieć, ale nie mogła. Dusiła się krwią, do ostatniego tchu patrzyła na ukochanego. Ze wszystkich sił mężczyzna starał się wyciągnąć ją spod samochodu, lecz było to niemożliwe, aż do czasu przyjazdu służb i użycia specjalistycznego sprzętu.
To była ruchliwa droga, niebezpieczna. Sołtys Andrzej Drobisz tuż po tragedii mówił w rozmowie z „Super Expressem”, że zdarzały się tam w przeszłości wypadki, zwłaszcza zimą. Ludzie jeżdżą szybko, nie stosują się do przepisów, bo to prosty odcinek. I równie prędko gubi ich brawura. Jak ustalili funkcjonariusze, 68-letni sprawca potrącenia był trzeźwy i posiadał uprawnienia do kierowania. Sprawę badała prokuratura w Żywcu, ale informacji udzielała również ta z Bielska-Białej. W piątek, 23 października 2020 roku, na miejscu zdarzenia odbywały się jeszcze działania z udziałem podejrzanego. Kierujący osobówką tłumaczył w ich trakcie policjantom, co sprawiło, że stracił panowanie nad kierownicą i jak to się stało, że kobieta wraz z córką znalazły się pod kołami jego samochodu.
Cała wieś była pogrążona w żałobie. - To była wspaniała, życzliwa rodzina – mówili naszym reporterom sąsiedzi. Andrzej i Małgorzata, oprócz 3-letniej córeczki, mieli jeszcze roczne dziecko, Ritę. Pani Gosia była w ciąży z trzecim maleństwem. Jeszcze tego samego dnia przy drodze, w miejscu wypadku, zapalone zostały pierwsze znicze. Gilowice długo otrząsały się z tej tragedii.
Niedługo po tych strasznych wydarzeniach pana Andrzeja uderzyła kolejna tragiczna informacja – jego 3-letniej córki nie udało się ostatecznie uratować. Dziecko zmarło w szpitalu, po kilku dniach usilnych starań lekarzy, którzy walczyli o jej życie.
Pokrętne tłumaczenia Krzysztofa S. przed sądem. Kombinował, jak uniknąć kary
W toku śledztwa ustalono, że sprawcą wypadku był lekarz, 68-letni Krzysztof S., który pędził po drodze o 17 km/h szybciej niż nakazuje ograniczenie ruchu w miejscu wypadku. Jechał z jednej przychodni do drugiej. Choć jest medykiem z zawodu, nie pomógł poszkodowanym. Podczas procesu miotał się z kolei w zeznaniach, nie brzmiał wiarygodnie, zmieniał wersje wydarzeń. Mówił, że pies wyskoczył mu na jezdnię, lecz śledztwo tego nie potwierdziło. Potem podkreślał, że jest chory na cukrzycę i po prostu spadł mu cukier, dlatego stracił panowanie nad kierownicą.
Sąd w Bielsku-Białej w końcu skazał go prawomocnie w listopadzie 2022 roku, ale niski wyrok wywołał ogromne oburzenie wśród opinii publicznej. 2,5 roku więzienia – taki wyrok usłyszał Krzysztof S. Robił, co w jego mocy, by nie trafić za kratki i jakiś czas mu się to udawało. Chociaż nie wypierał się, że spowodował śmiertelny wypadek i nie pomógł ofiarom, prosił sąd o uniewinnienie, wyrok w zawieszeniu lub w systemie dozoru elektronicznego.
Czytaj także: 14-letni Kacper zabił ciężarną 13-latkę. Patrycja nosiła pod sercem jego dziecko. "Nienarodzony Kubuś"
3 marca 2023 roku Sąd Rejonowy w Żywcu wstrzymał wykonanie kary do czasu prawomocnego rozpatrzenia wniosku o odroczenie, zaś 17 kwietnia - odroczył karę na okres sześciu miesięcy. Nie podano powodu tej decyzji. Andrzej Rodak zdradził, że chodzi o artykuł kodeksu mówiący o odroczeniu kary „z powodu choroby psychicznej lub innej ciężkiej choroby uniemożliwiającej wykonywanie tej kary do czasu ustania przeszkody". Krzysztof S. choruje na cukrzycę, ale to – zdaniem adwokata pana Andrzeja - nie wyklucza umieszczenia mężczyzny w więzieniu. Kara została na początku zawieszona na pół roku. Maksymalnie mógł to być rok. Pomogło odwołanie, choć mężczyzna miesiącami żył na wolności, jak gdyby nigdy nic. Dopiero 10 lipca 2023 roku Sąd Okręgowy w Bielsku-Białej uwzględnił zażalenie prokuratora dotyczące odroczenia wykonywania kary. Krzysztof S. w końcu miał zostać umieszczony w zakładzie karnym. Jednak nie tylko kwestia unikania kary budziła kontrowersje w tej sprawie.
Lekarz, który nie pomaga. Zbierał części samochodu, dzwonił do pracy
„Super Express” donosił, że Krzysztof S. nie pomógł ofiarom wypadku w Gilowicach, choć z zawodu jest lekarzem. Nie wezwał też karetki. W toku śledztwa wyszło też na jaw, że 68-latek zadzwonił za to po lawetę, do pracy, że się w niej nie pojawi – i do syna. Później zbierał części swojego samochodu. Mimo szokujących okoliczności wypadku Beskidzka Izba Lekarska uznała, że mężczyzna może dalej wykonywać swój zawód. Okręgowy Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej napisał w przesłanym oświadczeniu do pana Andrzeja, męża i ojca ofiar wypadku, że "w związku z uzyskanymi informacjami ze środków masowego przekazu o ewentualnym popełnieniu przez lek. Krzysztofa S. przewinienia zawodowego były prowadzone z urzędu czynności. (...) 29 grudnia 2022 roku Okręgowy Rzecznik Odpowiedzialności Zawodowej wydał postanowienie o odmowie wszczęcia postępowania wyjaśniającego".
Krzysztof S. mógł zatem dalej leczyć swoich pacjentów. Znalazła się również placówka, która mimo wyroku przyjęła go jako członka personelu. Był to Zespół Opieki Zdrowotnej w Suchej Beskidzkiej. Placówka ogłosiła konkurs ofert na udzielanie lekarskich świadczeń zdrowotnych. Jak wynikało z naszych ustaleń, skazany Krzysztof S. był jedynym medykiem ubiegającym się o to stanowisko.
Zobacz również: Matka trzymała synka, ojczym go torturował. Sebastian nie przeżył! 100 uderzeń w pół godziny
Czy jego zachowanie na miejscu wypadku w Gilowicach nie budziło zastrzeżeń kierownictwa szpitala? Nasi reporterzy zapytali o to u źródła. W odpowiedzi usłyszeli, że oferta lekarza przeszła pozytywną weryfikację w zakresie kwalifikacji zawodowych i innych wymagań, w tym pozytywnie zweryfikowano prawo wykonywania zawodu lekarza. Tłumaczono, że mężczyzna posiada aktualne prawo wykonywania zawodu, ponieważ zapadłym wyrokiem karnym nie został go pozbawiony. W związku z tym wszystkim, jak podkreślała placówka, nie było podstaw do kwestionowania oferty złożonej przez Krzysztofa S.
Skandalicznie niski wyrok. Opinia publiczna w szoku. "Czas nie leczy ran"
Sąd Rejonowy w Żywcu skazał lekarza na karę 2,5 roku więzienia oraz nakazał wypłatę po 30 tys. zł nawiązek dla dwojga bliskich ofiar. Prokuratura próbowała jeszcze odwołać się od wyroku, który jej zdaniem był skandalicznie niski. Podobne głosy pojawiły się od ludzi w mediach społecznościowych. W procesie apelacyjnym sąd podtrzymał w całości wyrok pierwszej instancji, uznając, że jest on sprawiedliwy i wyważony. Krzysztof S. nie pojawił się na ogłoszeniu wyroku.
Pan Andrzej robi teraz wszystko, co w jego mocy, by móc w miarę normalnie żyć, choć jest to bardzo trudne. Niedawno mówił w mediach, że czas wcale nie leczy ran. Wie jednak, że ma dla kogo żyć – samotnie, ale przy wsparciu rodziny, wychowuje bowiem malutką córeczkę Ritę.