Kuriozalną wpadkę prokuratury z Katowic jako pierwszy na łamach "Gazety Wyborczej" opisał dziennikarz Marcin Pietraszewski. Z jego relacji wynika, że śledczy z Katowic obiecali Niemcom, że po siedmiu miesiącach oddadzą "wypożyczonego" skazańca, choć - zdaniem sądu - były to "gołosłowne deklaracje", które nigdy nie powinny paść. Tym bardziej, że mężczyzna zgodnie z decyzją został... wypuszczony na wolność. Całość rozbiła się o kradzież, do której doszło w Katowicach w grudniu 2010 roku. Nieznany wówczas sprawca wyrwał kobiecie torebkę z dużą ilością pieniędzy w środku. Nie udało się jednak złapać złodzieja, a jego rysopis przedstawiony przez pokrzywdzoną był mglisty i nieszczegółowy. Ponad dwa lata później sprawa powróciła, bo kobieta rozpoznała jednego z napastników, wskazując na niejakiego Dariusza z Zabrza. Olśnienie przyszło w momencie, w którym firma ubezpieczeniowa odmówiła jej wypłaty odszkodowania. Zmieniła też część zeznań, podając że tak naprawdę padła ofiarą rozboju, a nie zwykłej kradzieży, i ucierpiała fizyczne, mimo że wcześniej o tym nie wspomniała.
Czytaj także: Sebastian M. i jego siostra wybuchli śmiechem, sąd wybałuszył oczy! Ostra reakcja. "Zniszczyli nam życie"
Mimo tych zaskakujących zeznań, w pobliżu miejsca zamieszkania wskazanego Dariusza rzeczywiście znaleziono skradzioną torebkę. Prokuratura w Katowicach zdecydowała więc o przedstawieniu mu zarzutów. Był on zresztą znany wymiarowi sprawiedliwości, ponieważ w przeszłości był karany za podobne przestępstwa.
- Problem w tym, że w międzyczasie mężczyzna wyjechał do Holandii, a potem do Niemiec. W 2014 roku został skazany przez tamtejszy sąd na 14 lat więzienia za pobicie i gwałt. Jako sprawca niebezpieczny miał przebywać w zakładzie karnym do 2028 roku. W 2015 r. katowicka prokuratura wydała za Dariuszem Europejski Nakaz Aresztowania. To międzynarodowy list gończy, do którego była dołączona decyzja sądu, że po zatrzymaniu i deportacji do Polski mężczyzna będzie aresztowany przez 14 dni - opisuje "Gazeta Wyborcza".
W toku postępowania okazało się, że Dariusz przebywa w niemieckim więzieniu. Polska prokuratura zaczęła więc ubiegać się o to, by Niemcy wydali Polaka w celu przedstawienia mu nowych zarzutów. Chcieli go "wypożyczyć" tylko na kilka miesięcy. I wtedy się zaczęło. Szczegóły poniżej.
Niemcy dali się przekonać, ale Polacy złamali obietnicę. Stosunki będą teraz napięte? Sąd nie miał litości dla prokuratury
Niemiecki wymiar sprawiedliwości kilkakrotnie odmawiał wydania Polaka, ale w końcu się ugiął - w sierpniu 2025 roku zapadła decyzja, po zapewnieniach "chwilowego wypożyczenia", że mężczyzna zostanie przetransportowany do rodzimego kraju. Po wykonaniu niezbędnych czynności miał wrócić do niemieckiego więzienia. Konwój odebrał go 10 grudnia 2025 roku, ale czas aresztu, jaki mu wyznaczono, wynosił tylko 14 dni. Wniosek o przedłużenie tego środka zapobiegawczego do 22 kwietnia 2026 roku został... odrzucony. Sąd nie dopatrzył się możliwości matactwa, której obawiała się prokuratura. Sędzia Sebastian Kosmowski z Sądu Rejonowego Katowice-Zachód wypuścił więc Dariusza na wolność. Cały plan rozsypał się jak domek z kart. "Gazeta Wyborcza" precyzowała, że to nie wszystko, bo sędzia uznał nawet zeznania pokrzywdzonej jako niewiarygodne względem podejrzanego. Wyliczał, że zgłosiła się ponownie na policję z nagłym olśnieniem dwa lata po kradzieży, mimo że wcześniej nie potrafiła opisać sprawców i nie zgłaszała rozboju, bo miała w tym interes majątkowy z uwagi na odmowę wypłaty ubezpieczenia.
Zobacz również: Przywiozła go karetka, nie został przyjęty. Tomasz zmarł przed szpitalem. Szokujące zachowanie lekarki
Jednocześnie sędzia Kosmowski zagrał prokuraturze na nosie, przypominając że prokuratura obiecała, że zwróci podejrzanego do Niemczech, choć "nie miała żadnych zasadnych podstaw do składania takich gwarancji". To sąd decyduje ponadto o tymczasowym areszcie i o jego ewentualnym przedłużeniu, a nie prokuratura. - Co najmniej zaskakujące było zatem składanie takiej deklaracji przez organ, który mógł jedynie wnioskować do właściwego sądu o stosowanie izolacji podejrzanego - wskazał sąd w uzasadnieniu, krytykując również nazwanie planowanych czynności w oficjalnych dokumentach jako "wypożyczenie", co miało uprzedmiotawiać człowieka i odzierać go z godności.
Efekt? Dariusz przebywa obecnie na wolności i nie wrócił do Niemiec. Jest nadal w Polsce. Prokuratura w Katowicach twierdzi jednak, że wszystko ma pod kontrolą: zna bowiem jego miejsce pobytu. Szefowa Prokuratury Rejonowej w Katowicach, prokurator Anna Górniak, nie chciała szerzej komentować całego bałaganu. W odpowiedziach dla "Wyborczej" stwierdziła jedynie, że złożono wnioski zmierzające do uregulowania statusu podejrzanego i że niemiecka strona jest informowana o różnych działaniach. Decyzja sądu o braku tymczasowego aresztu dla podejrzanego nie jest też prawomocna, więc strona oskarżająca liczy na jej zmianę. Postępowanie trwa.