W Szczyrku pod gruzami zginęło osiem osób, w tym czworo dzieci
Pod gruzami domu zginęła niemal cała rodzina Kaimów: dziadkowie Józef i Jolanta, ich syn Wojciech z żoną Anną oraz trójka ich dzieci: 9-letnia Michalina, 7-letnia Marcelina i 3-letni Staś. Ofiarą był także 9-letni Szymon, wnuczek seniorów. Jego mama, pani Katarzyna, ocalała tylko dlatego, że w chwili wybuchu była w pracy.
W pierwszym procesie Sąd uznał za winnych pracowników i właścicieli firmy, która tragicznego dnia prowadziła prace polegające na wykonaniu podziemnego przewiertu pod mający tam być ułożony kabel energetyczny. W jej trakcie doszło do przebicia znajdującego się pod ziemią gazociągu. Gaz znalazł sobie ujście do domu przy Leszczynowej, a gdy się nagromadził doszło do eksplozji o niesamowitej sile.
Pierwsze wyroki
Wówczas Roman D. został skazany na 6 lat więzienia. Marcin S. dostał 4 lata. Józef D. skazany został na 3 lata za kratami. To oni bezpośrednio prowadzili prace, które doprowadziły w konsekwencji do wybuchu gazu. Natomiast Ewa K., Jakub K. i Marcin K. skazani zostali na 4 lata i dwa miesiące pozbawienia wolności. To z kolei przełożeni prowadzących prace. Ponadto wszyscy skazani dostali zakaz prowadzenia działalności gospodarczej i wykonywania zawodu na 10 lat.
Od tych rozstrzygnięć odwołały się wszystkie strony - zarówno prokurator, jak i obrońcy oskarżonych. Sprawa trafiła do Sądu Apelacyjnego w Katowicach. Dziś, po niemal siedmiu latach od dramatu, poznaliśmy prawomocny wyrok.
Sąd utrzymał wyrok. Jeden z oskarżonych z niższą karą
Sąd niemal w całości podtrzymał wcześniejszy wyrok. Obniżył karę jednemu z oskarżonych - Józefowi D. Zamiast trzech lat więzienia ma on spędzić tam dwa lata. Ponadto zmienił we fragmentach opis niektórych przypisanych oskarżonym czynów oraz orzekł, że zadośćuczynienia na rzecz pokrzywdzonych krewnych ofiar wybuchu powinny być poniesione przez skazanych solidarnie.
- Wyrok Sądu Apelacyjnego, jeśli chodzi o istotę sprawy, nie zmienia wyroku sądu pierwszej instancji. Sąd pierwszej instancji prawidłowo orzekł o winie oskarżonych, niewątpliwie wszyscy są winni tych czynów. Sąd nie miał w tym zakresie żadnych wątpliwości. Uznaliśmy również, że kwalifikacja czynów, jest kwalifikacją prawidłową, tzn. wszyscy oskarżeni powinni odpowiadać za nieumyślne popełnienie przestępstwa. Wreszcie kary, poza jedną, która została złagodzona, orzeczone zostały prawidłowo, są sprawiedliwe i zasługują na aprobatę - powiedział przewodniczący składu sędzia Piotr Pośpiech, rozpoczynając ustne uzasadnienie wyroku.
Sędzia odniósł się, też do faktu złagodzenia kary jednemu z podsądnych Józefowi D., który pomagał Marcinowi S. w wykonywaniu odwiertu.
- Uznaliśmy, że jego rola, a w związku z tym charakter nienaruszonych przez niego reguł ostrożności, pozwalał łagodniej na to spojrzeć. D. pełnił rolę pomocniczą. Nie był osobą, która podejmowała jakiekolwiek decyzje. Józef D. podczas prowadzenia przewiertu był pomocnikiem operatora. Nie było tak, że pełnił tylko rolę kierowcy, jak chciał obrońca. Obsługiwał urządzenie zwane lokalizatorem. Współpracował z operatorem wiertnicy, podając na jakiej głębokości i nachyleniu pracuje głowica wiertnicy, czyli przewiert był wykonywany przez obu mężczyzn. Bezsporne jest to, że prace były prowadzone w sposób bardzo nieostrożny. Robili przewiert zamiast wykopu otwartego. To jest największe uchybienie. Oskarżeni twierdzili, że nie mieli świadomości jak przebiega rura i że jest wypełniona gazem. To czy mieli świadomość, czy nie, nie zmienia postaci rzeczy. Brak świadomości to było ich uchybienie. Ich obowiązkiem było rozeznać, gdzie jest rura. A nie prowadzić przewiert w ciemno. A założyli, że jak będą prowadzić odpowiednio głęboko, to nic nie uszkodzą. Mylili się - wyjaśniał sędzia.
Prokuratura Okręgowa w Bielsku-Białej w swej apelacji domagała się m.in. uznania, że oskarżeni działali celowo. Jednakże sąd nie zgodził się, by do tragedii doszło z winy umyślnej: - Okoliczności w większości są jasne i oczywiste. Wiemy, kto powadził inwestycję, wiemy, kto wykonywał prace związane z przyłączem energetycznym, wiemy też jakie uchybienia nastąpiły podczas pierwszej inwestycji, jak i podczas drugiej inwestycji.
Inwestycja nie powinna być prowadzona w taki sposób, przez przewiert, mieli obowiązek prowadzenia tej inwestycji metodą wykopu otwartego. Gdyby najpierw zrobili wykop, a potem prowadzili kable, to na pewno by do tej tragedii nie doszło. Jednak nie sposób zgodzić się z prokuratorem, że ich wina byłą umyślna. Oni nie mieli świadomości, że ich praca wykonana niedbale doprowadzi do wybuchu, pożaru i zawalenia się budynku.
Owszem - wymienieni posiadali wiedzę o kolizyjności położenia mediów w tym miejscu, co wskazuje na świadomość i akceptację zagrożenia. Sąd jest w stanie zgodzić się, że mieli tego świadomość, ale to nie wystarczy, by przypisać im umyślność. Panowie nie mieli świadomość, ze ich działanie spowoduje określony skutek – że doprowadzi do wybuchu, zawalenia budynku i pożaru. Co najwyżej wiedzieli, że ich zachowanie stwarza pewne niebezpieczeństwo. Sąd nie jest przekonany, że 6 normalnych, przeciętnych ludzi, którzy wykonywali prace, godziło się na to, żeby doprowadzić do tego skutku. To się nie mieści w głowie, żeby akceptowali to, że doprowadzą przez swe działaniem do tak tragicznego zdarzenia - argumentował Piotr Pośpiech.
Teraz od wyroku można jedynie złożyć kasację do Sądu Najwyższego. Nie wstrzymuje to jednak wykonania kary, więc wszyscy skazani powinni wkrótce trafić za kraty. Prokurator Lucyna Stebelska nie przesądzała, czy zdecyduje się na taki ruch.
- Nasza ocena związana była z przyjęta pierwotnie kwalifikacją czynów, surowszą kwalifikacją czynów. Braliśmy pod uwagę zakres nieprawidłowości i rozmiar tragicznych skutków, w tym śmierć ośmiu osób, czworga dzieci . Tym się kierowaliśmy i celami jakie ma osiągnąć kara zarówno w stosunku do oskarżonych jak i jej swobodnego oddziaływania. Na chwilę obecną musimy zapoznać się z pisemnym uzasadnieniem wyroku. Wtedy podejmiemy decyzję, czy złożyć kasację - stwierdziła pani prokurator.
Bliscy ofiar: „Ta krzywda nigdy nie zostanie naprawiona”
Po ogłoszeniu wyroku na policzkach najbliższej rodziny ofiar wybuchu gazu - Patrycji Kaim-Śnioch oraz Katarzyny Kaim-Nogieć pojawiły się łzy. Obie kobiety są w najwyższym stopniu pokrzywdzone. Straciły niemal wszystkich bliskich. Latami czekały na sprawiedliwość. W ich imieniu przemówił radca prawny Mariusz Mazurkiewicz.
- Pokrzywdzone panie są usatysfakcjonowane tym wyrokiem. W ich ocenie jest wyważony. Oczywiście ta krzywda nigdy nie zostanie naprawiona. Strata osób najbliższych powoduje głęboką ranę w sercu do końca życia. Uzasadnienie sądu oddaje to, co się w tej sprawie wydarzyło. Osoby skazane wyrokiem na pewno, tak powiedział sąd, nie chciały nikogo zabić. Natomiast to ich działania przyniosły tragiczny skutek. Kary są adekwatne do czynów. Najważniejsze, że proces się zakończył uznaniem wszystkich osób za winne i poniosą one odpowiedzialność - powiedział po wyroku radca prawny Mariusz Mazurkiewicz, który reprezentował w procesie Patrycję Kaim-Śnioch oraz Katarzynę Kaim-Nogieć.