- Ewelina przez pół roku codziennie wozi Renatę do pracy oddalonej o dwadzieścia pięć kilometrów
- Renata kupuje czasem kawę, ale nigdy sama nie proponuje pieniędzy na paliwo
- Prośba o dwieście złotych miesięcznie psuje ich relację
- Następnego dnia Renata zaczyna demonstracyjnie odkładać dziesięć złotych w monetach
- Po tygodniu zaczyna jeździć z kolegą z magazynu, a z Eweliną rozmawia już tylko służbowo
„Miałam podwieźć ją tylko raz”
Mam trzydzieści dziewięć lat i od kilku lat pracuję w dziale zamówień w firmie produkcyjnej w strefie ekonomicznej. Z miasta jest tam dwadzieścia pięć kilometrów, więc bez samochodu trudno się tam dostać. Ja i tak jechałam swoim granatowym oplem, zwykle wyjeżdżałam z osiedla kwadrans po szóstej.
Renata mieszka dwa bloki dalej i pracuje przy biurku naprzeciwko mnie. Pół roku temu zaczepiła mnie pod klatką, z torbą przewieszoną przez ramię. Powiedziała, że mąż zabrał ich samochód, a autobus na strefę jedzie tak, że spóźni się co najmniej pół godziny.
Podwiozłam ją bez zastanowienia. Następnego dnia znów czekała przy kiosku, a ja uznałam, że przecież i tak jadę do pracy. Potem stało się to naszym codziennym rytuałem. Rano pisała tylko „już schodzę”, a ja podjeżdżałam pod jej blok.
„Kawa nie była dokładką do paliwa”
Rano jechało się nam nawet dobrze. Renata opowiadała o córce na studiach, ja narzekałam na dostawców, którzy zmieniali terminy po trzy razy. Kiedy stałyśmy w korku przy rondzie, śmiałyśmy się z tych samych rzeczy, a w biurze łatwiej było zacząć dzień.
Od czasu do czasu przynosiła mi kawę z automatu, słodką, choć pijałam bez cukru. Mówiła wtedy: „Masz, to za podwózkę”, i wtedy nie robiłam z tego problemu. Tyle że kawa kosztowała kilka złotych, a ja tankowałam coraz częściej i coraz drożej.
Po pracy Renata nieraz prosiła, żebym stanęła przy markecie albo paczkomacie. Czekałam w aucie, przeglądając telefon, czasem dziesięć minut, czasem dwadzieścia. Gdy wspominałam, że benzyna znowu poszła w górę, przytakiwała ze współczuciem i zaraz pytała, czy widziałam nową kierowniczkę jakości.
„Poprosiłam ją o 200 zł miesięcznie”
W styczniu zapłaciłam za pełny bak tyle, że przez chwilę stałam przy kasie i patrzyłam na paragon. W domu odłożyłam go na kuchenny stół obok rachunków. Następnego ranka postanowiłam, że nie będę znów rzucać aluzji, bo najwyraźniej Renata ich nie słyszała albo nie chciała słyszeć.
Zatrzymałam auto na parkingu firmy, ale nie wysiadłam od razu. Silnik jeszcze pracował, szyby lekko zaparowały, a Renata poprawiała szalik przed lusterkiem. Powiedziałam spokojnie, że chciałabym, żeby od lutego dokładała się do paliwa po 200 zł miesięcznie.
- Dwieście złotych? Ewelina, myślałam, że jesteśmy koleżankami. Przecież i tak jedziesz tą samą trasą.
Nie podniosłam głosu. Odpowiedziałam, że jadę tą trasą, ale od pół roku codziennie wożę ją do pracy i chcę, żeby dokładała się do kosztów. Renata wysiadła bez zwyczajowego „miłego dnia” i zamknęła drzwi ostrożniej niż zwykle, co zabrzmiało gorzej niż trzaśnięcie.
„Codziennie kładła mi na desce dziesięć złotych”
Następnego dnia czekała już pod blokiem, ale nie napisała wiadomości. Wsiadła, zapięła pas i bez słowa położyła na desce rozdzielczej dziesięć złotych w monetach. Dwie pięciozłotówki potoczyły się przy nawiewie, aż musiałam je zatrzymać dłonią na pierwszym zakręcie.
Pomyślałam, że może to niezręczny żart, więc zapytałam, co robi. Odpowiedziała, nie odrywając wzroku od telefonu, że skoro ma płacić za podwózkę, to będzie płacić codziennie. Potem przez całą drogę przewijała ekran, a ja słyszałam tylko kierunkowskaz i szum opon na mokrej jezdni.
Tak było przez kolejne dni. Każdego ranka na desce lądowały monety, czasem dwie pięciozłotówki, czasem dziewięć złotych i resztę w drobnych, bo podobno nie miała wydać. Zbierałam je do schowka, nie dlatego, że chciałam, ale dlatego, że nie znosiłam, kiedy przy hamowaniu przesuwały się po plastiku.
„W biurze zaczęli żartować z moich podwózek”
W środę poszłam po wydruk do drukarki przy pokoju kadr. Dwie koleżanki z księgowości urwały rozmowę, kiedy mnie zobaczyły, a jedna zapytała pół żartem, czy mam już cennik za przejazdy. Poczułam, jak robi mi się gorąco, choć w korytarzu było chłodno.
Renata powiedziała kilku osobom, że kazałam jej płacić za podwózkę, mimo że mieszkamy na tym samym osiedlu i pracujemy w tym samym miejscu. Nie wspomniała o pół roku codziennych kursów, przystankach pod sklepem ani o tym, że nigdy nie zapytała, ile kosztuje mnie paliwo. Przy jej biurku stał kubek po kawie, a ona wklepywała coś do systemu, jakby nic się nie wydarzyło.
Po południu podeszłam do niej, kiedy zostałyśmy same w pokoju. Powiedziałam, że nie prosiłam o opłatę za taksówkę, tylko o stały udział w kosztach. Renata odłożyła długopis i stwierdziła cicho, że mogłam uprzedzić wcześniej, bo teraz czuje się, jakbym liczyła każdą przysługę.
„Od poniedziałku jeździłam do pracy sama”
W piątek, tuż przed końcem pracy, Renata przyszła do mojego biurka. Nie wyglądała na złą, raczej na zmęczoną całą sytuacją. Powiedziała, że od poniedziałku będzie jeździć z Pawłem z magazynu, bo on mieszka po drugiej stronie osiedla i nie bierze żadnych pieniędzy.
- To dobrze, jeśli tak wam pasuje. Nie chcę, żebyś źle się z tym czuła.
Od tamtego czasu mówi mi w biurze tylko „dzień dobry”. Ja odpowiadam tak samo i wracam do swoich zamówień. Rano wyjeżdżam o tej samej porze, ale nie zatrzymuję się już przy kiosku, a na siedzeniu pasażera kładę swoją torbę.
Monety z tamtego tygodnia nadal mam w schowku. Kilka razy chciałam wrzucić je do portfela albo zostawić na myjni, ale za każdym razem zamykałam schowek. Brzęczą lekko, gdy przejeżdżam przez próg zwalniający przy wyjeździe z osiedla, i wtedy przypominają mi się nasze rozmowy w drodze do pracy.
Przedstawione historie są inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Nie odzwierciedlają jednak konkretnych wydarzeń ani rzeczywistych osób, a wszelkie podobieństwa do nich mają charakter przypadkowy.