- Grzegorz zgodził się zrobić instalację, ale materiały miała kupić teściowa
- Przy obiedzie teściowa zażądała zwrotu dwudziestu tysięcy złotych, które dała na wesele
- Beata uznała, że jej matka przesadziła, ale częściowo przyznała jej rację
- Grzegorz kupił materiały z własnych pieniędzy i zrobił instalację w listopadowe weekendy
- Po remoncie teściowa podziękowała wyłącznie córce, nie wspominając o weselu
„Miałem pełny grafik, a kuchnia czekała”
Od września miałem dużo pracy. Kończyłem instalację w nowym domu pod Otwockiem, potem czekał mnie lokal po fryzjerze i dwa mniejsze zlecenia od stałych klientów. Prowadzenie własnej firmy oznaczało telefony przy obiedzie i pracujące soboty.
Mama Beaty, pani Halina, remontowała kuchnię w bloku na Pradze. Zdemontowała stare szafki, zamówiła płytki i szukała ekipy do wszystkiego naraz. Zadzwoniła i zapytała, czy mogę położyć nowe przewody, zanim przyjdzie stolarz.
Powiedziałem, że oczywiście pomogę, ale najwcześniej w listopadowe weekendy. Powiedziałem też, że materiały, czyli kabel, rozdzielnica, gniazdka i zabezpieczenia, będą kosztowały około trzech tysięcy. Usłyszałem wtedy tylko krótkie „dobrze”, więc uznałem, że sprawa jest jasna.
„Teściowa nie chciała płacić nawet za materiały”
W niedzielę przyszliśmy do pani Haliny na obiad. Kuchnia była odgrodzona folią, a w mieszkaniu czuć było kurz, klej i rosół. Siedzieliśmy przy stole w małym pokoju, między suszarką z praniem a kartonami po płytkach.
Na początku rozmowa kręciła się wokół frontów do szafek i koloru blatu. Pani Halina powiedziała, że znalazła piękne, beżowe uchwyty, a Beata pokazywała jej zdjęcia z telefonu. Dopiero kiedy wspomniałem, że przed listopadem podeślę listę materiałów, teściowa odłożyła łyżkę.
Powiedziała spokojnie, że w rodzinie nie każe się płacić nawet za materiały. Odpowiedziałem, że nie chcę pieniędzy za swoją pracę, ale nie mogę dokładać do każdego remontu, o który ktoś mnie poprosi. Beata spuściła wzrok na talerz i zaczęła przesuwać widelcem marchewkę.
„Zażądała zwrotu pieniędzy z wesela”
Pani Halina spojrzała na mnie z niedowierzaniem i powiedziała, że ciekawy ze mnie zięć. Przypomniała, że na naszym weselu dała nam dwadzieścia tysięcy złotych, kiedy sami odkładaliśmy na mieszkanie i ledwo dopinaliśmy koszty. Pamiętałem tę kopertę bardzo dobrze, bo Beata wtedy płakała i przytulała matkę przy wszystkich.
Powiedziałem, że to był prezent dla nas obojga, a nie zaliczka na przyszłe usługi. Wtedy usłyszałem: „Dawałam dla córki, nie dla ciebie. Skoro liczysz kabel, oddaj mi te pieniądze”. Po tych słowach zapadła cisza.
Nie krzyczałem, choć czułem, jak robi mi się gorąco pod kołnierzem. Zapytałem tylko, czy przez cztery lata naprawdę traktowała te pieniądze jak dług. Teściowa wzruszyła ramionami i stwierdziła, że ona zawsze pamięta, komu pomagała.
„Beata powiedziała, że jej matka ma trochę racji”
Wyszliśmy wcześniej, tłumacząc się pracą następnego dnia. W windzie Beata milczała, a na parkingu długo szukała kluczy w torebce, choć trzymała je w dłoni. Ja też nie chciałem zaczynać tej rozmowy na parkingu.
Dopiero po kilku ulicach powiedziałem, że jej matka przekroczyła granicę. Byłem pewien, że Beata przyzna mi rację, może zadzwoni do niej wieczorem i powie, że nie wolno tak mówić. Zamiast tego Beata patrzyła przez szybę i bardzo cicho powiedziała, że mama nie powinna była wypominać wesela, ale trochę ją rozumie.
Powiedziała, że dwadzieścia tysięcy to dla jej mamy nadal duże pieniądze i że mógłbym zrobić tę kuchnię bez żadnego liczenia. Nawet materiały mógłbym przecież kupić sam, skoro firma mi idzie. Mocniej ścisnąłem kierownicę, bo nagle poczułem się nie jak jej mąż, tylko jak fachowiec, od którego jej rodzina może żądać pracy za darmo.
„Na teczce napisałem: wesele”
Przez kilka dni nie wracaliśmy do tematu. Beata pytała, czy chcę kotlety na obiad, a ja odpowiadałem, że wszystko mi jedno. Rozmawialiśmy tylko o codziennych sprawach. W piątek wieczorem otworzyłem laptop, przełożyłem dwa prywatne zlecenia i wpisałem w kalendarz kuchnię pani Haliny.
Materiały kupiłem z własnych pieniędzy. W hurtowni wziąłem porządny przewód, nowe zabezpieczenia i gniazdka, których pani Halina wcześniej oglądała w internecie. Każdy paragon wkładałem do granatowej teczki, tej samej, w której zwykle trzymam dokumenty od klientów.
Przed pierwszym listopadowym weekendem wziąłem marker i napisałem na teczce „wesele”. Nie pokazywałem tego Beacie ani jej mamie. Potrzebowałem tylko przypomnienia, dlaczego w sobotę o siódmej rano jadę z narzędziami do jej mieszkania, zamiast odpoczywać.
„Podziękowała Beacie, nie mnie”
Pracowałem tam przez trzy weekendy. Pani Halina robiła mi kawę i podawała kanapki. Ani razu nie wróciła do niedzielnej kłótni. Czasem pytała, czy na pewno nie potrzebuję pomocy, ale nie pytała ani razu, ile kosztowały rzeczy, które przywoziłem.
Kiedy podłączyłem ostatnie gniazdko i zapaliło się światło nad blatem, Beata przyjechała obejrzeć kuchnię. Jej mama chodziła od szafki do szafki, dotykała nowych frontów i powtarzała, że wreszcie ma porządek. Potem objęła Beatę i powiedziała: „Dziękuję ci, córeczko, bez ciebie bym tego nie ogarnęła”.
Stałem wtedy przy drzwiach z torbą narzędzi i sprawdzałem, czy mam wszystkie wkrętaki. Nie wziąłem ani złotówki, nie upomniałem się o podziękowanie i nie poruszyłem już tematu dwudziestu tysięcy. Teczka z paragonami leży dziś na górnej półce w szafie. Nadal jest na niej napis „wesele”.
Przedstawione historie są inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Nie odzwierciedlają jednak konkretnych wydarzeń ani rzeczywistych osób, a wszelkie podobieństwa do nich mają charakter przypadkowy.