„Jego treści były wszędzie, nawet na blacie w kuchni”
Mateusz nagrywał odkąd go znam. Najpierw śmieszne urywki z uczelni, potem „życie studenta w Warszawie”, a od kilku miesięcy serię, w której mówił do kamery jak do najlepszego kumpla. Telefon zwykle leżał ekranem do góry, naładowany, jakby cały czas czekał, aż wydarzy się coś do wrzucenia.
Ja byłam tą „Olką z tła”. Raz machnęłam ręką w kadrze, raz było mnie słychać, jak pytam, czy ma w lodówce mleko. Niby nic wielkiego. Tylko z czasem zaczęłam widzieć, że szybciej reaguje na powiadomienia niż na moje: „Ej, możemy pogadać?”.
Tego dnia miałam prosty plan. Wracam po zajęciach, robimy makaron, zamykamy laptopy, ogarniamy naszą ostatnią kłótnię o jego nieobecność. W głowie układałam sobie, co mu powiem, zwyczajnie, bez dramatu.
„Kłótnia o nic skończyła się ciszą, a cisza stała się materiałem”
Pokłóciliśmy się wieczorem, dzień wcześniej. O to, że umówiliśmy się na film, a on w połowie zaczął „tylko odpisać widzom” i nagle minęła godzina, a ja siedziałam sama przed ekranem i słyszałam jego stłumiony śmiech z łazienki. Powiedziałam wtedy coś w stylu: „Ja tu jestem czy tylko statystuję?”.
Mateusz przewrócił oczami i rzucił: „Nie przesadzaj, to moja robota”. Powiedział „robota” z dumą, jakby to było ważniejsze niż ja i moje zdanie. Zamilkłam, bo nie chciałam robić sceny, a on jakby czekał, aż mi przejdzie.
Rano udawał normalność. „Zrobisz herbatę?” i „Możesz mi podać ładowarkę?”. Ani słowa o tym, co mnie zżerało całą noc. Pomyślałam, że wieczorem wrócimy do tematu na spokojnie.
„Zobaczyłam ankietę i nagle zabrakło mi powietrza”
Wróciłam po zajęciach chwilę wcześniej niż zwykle. Drzwi były zamknięte, w mieszkaniu cicho, tylko na stole jego telefon wibrował co kilka sekund. Nie lubię grzebać w cudzych rzeczach, ale ekran co chwilę się podświetlał i mignęło na nim wielkie: „ANKIETA”.
Podniosłam go odruchowo, żeby przestawić. I zobaczyłam. Krótki filmik. Jego twarz. Ten jego ton, trochę dramatyczny, a trochę „na luzie”. Pod spodem pytanie: „Co robić z Olą?”.
W ankiecie były dwie odpowiedzi. „Zerwij, bo ona przesadza” i „Daj jej jeszcze jedną szansę”. Patrzyłam na to i miałam wrażenie, że ktoś zrobił z naszego życia mema. Poczułam, że robi mi się gorąco w uszach.
Zrobiłam zrzut ekranu. Potem drugi, żeby mi to nie zniknęło. Ten zrzut z dwoma odpowiedziami nagle był dla mnie ważniejszy niż wszystkie nasze wspólne zdjęcia. Odłożyłam telefon na stół dokładnie tam, gdzie leżał, i przez chwilę stałam w kuchni, nie wiedząc, co zrobić z rękami.
„On wrócił i mówił o formacie, jakby to był niewinny trend”
Mateusz wszedł do mieszkania z siatką z Żabki i od razu zaczął mówić, że kupił jakieś nowe chipsy „do testu”. Zobaczył moją minę i od razu spoważniał. Tylko nie tak, jak ktoś, kto rozumie, bardziej jak ktoś, kto próbuje szybko ugasić pożar.
- Widziałam ankietę.
Stanął w progu kuchni, jakby mu ktoś przestawił krzesło pod nogą.
- To… to tylko format. Widzowie lubią, jak pytam ich o zdanie. To angażuje, wiesz?
Patrzyłam na niego i myślałam, że ja też mam zdanie. Tylko moje jakoś nie było „angażujące”. Chciałam mówić spokojnie, więc zapytałam najprościej, jak umiałam.
- Dlaczego opowiadasz o naszej kłótni obcym ludziom, a ze mną nie rozmawiasz?
Wzruszył ramionami, tak wymuszenie, jakby chciał tym uciąć temat. „No nie przesadzaj, nikt nie wie, że to ty” dorzucił jeszcze. A to jego „nikt” zabolało, bo ja wiedziałam. Ja byłam tą osobą, która stała w tej kuchni.
„Wyniki miały mu pomóc, i wtedy już nie było odwrotu”
Usiedliśmy przy stole, tym samym, przy którym zwykle jadłam owsiankę i przeglądałam notatki. Wziął telefon, odblokował i zaczął mi pokazywać wykres, jakby omawiał projekt na studia. Słupki rosły, komentarze się mnożyły, ktoś napisał „Uciekaj stary”, ktoś inny „Daj jej szansę, ale postaw warunki”.
- Widzisz? Ludzie różnie myślą, to daje perspektywę. Ja czasem nie wiem, czy ja się czepiam, czy ty się czepiasz. To mi serio pomaga.
- Czyli naprawdę czekałeś, aż internet zdecyduje?
Przez chwilę jeszcze próbował iść w zaparte. Powiedział „nie, no co ty”, ale głos mu się załamał na końcu. I wtedy dodał ciszej, już bez tej swojej pewności: „Trochę tak. Bo jak oni powiedzą, to… to jest jakoś łatwiej”.
To mnie uderzyło bardziej niż sama ankieta. Bo ankietę dałoby się obrócić w żart, w głupi trend, w „poniosło mnie”. Ale to przyznanie, że moje miejsce w jego życiu jest obok statystyk, że nasz związek ma sekcję komentarzy. Dotarło do mnie, że przegrywam nie z inną dziewczyną, tylko z ekranem.
„Nie czekałam na ich odpowiedź, wybrałam tę, której nie było”
Wzięłam swój telefon i otworzyłam zrzut ekranu. Dwa przyciski, dwie opcje, a ja miałam w głowie trzecią odpowiedź, której nie dało się już zatrzymać. Popatrzyłam na Mateusza. Ściskał telefon w dłoniach i co chwilę zerkał na powiadomienia, nawet w tej rozmowie.
- Wiesz, co jest najśmieszniejsze? Że tam nie ma odpowiedzi „Ona nie chce w tym brać udziału”. Nie ma „odpuść i pogadaj z nią”. Nie ma „zostaw ją w spokoju”.
- Ola, przestań, zrobisz z tego aferę. Mogę to usunąć.
- Nie chodzi o usunięcie. Chodzi o to, że to wrzuciłeś.
Wstałam i poszłam do pokoju po plecak. Bez trzaskania i bez scen. Po prostu w tym momencie zobaczyłam, że nie ma tu dla mnie miejsca. Spakowałam ładowarkę, kosmetyczkę, notatki do egzaminu, a przy okazji zdjęłam z półki kubek, który kupiliśmy na wspólnym wyjeździe. Zawahałam się tylko na sekundę, a potem go zostawiłam. Niech mu zostanie do kolejnych filmików.
W drzwiach odwróciłam się jeszcze raz. Stał w kuchni z telefonem w dłoni i wyglądał, jakby nie wiedział, czy ma mnie zatrzymać, czy sprawdzić, ile osób już zagłosowało.
- To co, serio…? Tak po prostu? - zapytał.
- Tak po prostu. Koniec.
Wyszłam, zanim zdążył coś nagrać. Na klatce schodowej też odruchowo sprawdziłam powiadomienia. Jakbym złapała ten nawyk od niego. Tylko u mnie było cicho. I ta cisza, pierwszy raz od dawna, nie była materiałem. Była moja.
Przedstawione historie są inspirowane prawdziwymi zdarzeniami. Nie odzwierciedlają jednak konkretnych wydarzeń ani rzeczywistych osób, a wszelkie podobieństwa do nich mają charakter przypadkowy.