Klęski militarne i polityczne, zapóźnienie kulturalne, samowola i anarchia, które opanowały Polskę w XVIII stuleciu i ostatecznie doprowadziły do rozbiorów,
to skutek dwóch wieków nieprzerwanej, suto zakrapianej biesiady.
Od XVI wieku kraj stopniowo zaczęło ogarniać opilstwo. Wprawdzie większe niż w Polsce morze wódki osuszono w Rosji, ale i my mieliśmy talent do picia. Chlaliśmy na umór zamiast trzeźwo debatować na sejmikach i sejmach. Prawo stanowione było na kacu lub w pijanym widzie. Urzędnicy liczyli czas od szklanicy do kufla. Kler pił bez umiaru, a kazania wygłaszane "pod wpływem" przyciągały gawiedź niczym występy kuglarzy. Bełkotliwe spory wśród awantur toczono tam, gdzie rozstrzygały się kwestie najwyższej wagi.
Eksperyment z udziałem zawianej magnaterii, zamroczonej szlachty i podchmielonego pospólstwa, prowadzony na wielką skalę, miał konsekwencje gorzkie bardziej niż gorzka żołądkowa. Niestety, nawet rozpad państwa nie zdołał otrzeźwić narodu. Miłość do wypitki przetrwała zabory, II Rzeczpospolitą, okupację, PRL i ma się dobrze aż do dzisiaj...
Z licznych opisów polskiego obyczaju pijackiego wynika, że w XVII wieku polska szlachta praktycznie nie trzeźwiała. Od rana, a częściej od południa, bo wtedy budziła się po nocnym upojeniu, wychylała kielichy, puchary i szklanice.
Polskę zgubiły trzy żelazne pijackie zasady. Że picie jest zdrowe, że odmówić picia nie wypada oraz że bez kielicha żadnych interesów robić nie należy. Polskie słownictwo bachiczne (Bachus - grecki bóg wina) było najbogatsze w Europie!
Od kieliszka do cebrzyka
Wiek XVI był jeszcze dość wstrzemięźliwy, a szlachta nad picie przedkładała wykształcenie. W drugiej połowie XVII wieku przestaliśmy być "spichlerzem Europy". Zboże, niegdyś eksportowane, trafiało do domowych gorzelni. Zaczęły się czasy dworkowego i pałacowego popijania
- do każdego posiłku i w oczekiwaniu na gości. A kiedy goście przybyli, odpadali od stołu, bo wstać im nie wypadało. Wybaczano każde zachowanie, które na trzeźwo byłoby gorszące, np. sikanie na stół, obnażanie się czy umizgi do zwierząt. Pijackie ekscesy nie ominęły otoczenia królów. Do historii przeszedł wybryk starosty Michała Potockiego, który po pijanemu z przyrodzeniem w garści gonił damy na dworze Augusta II Mocnego.
Kobiety, jeśli w ogóle uczestniczyły w zakrapianych ucztach, opuszczały towarzystwo, zanim pierwszy biesiadnik "zaklął szpetnie i dobył szabli dla walki z majakami". Damy upijały się samotnie, dla zabicia czasu. W XVII i XVIII wieku jednym z kryteriów doboru żony była m.in. abstynencja. Przyszła małżonka nie mogła być "jędzą y pijaczką".
W czasach saskich władza magnacka funkcjonowała dzięki poparciu upojonej szlachty. Chłopi, nie mając pieniędzy na gorzałkę, garncami pili marne piwo, "ochrzczone" okowitą. Zagranicznych podróżnych fascynował kraj, w którym "trudno kogo trzeźwego napotkać". Stanisław August Poniatowski, będący wzorem wstrzemięźliwości, położył kres polskiemu opilstwu. Nie na długo jednak. Pod zaborami (zwłaszcza w Kongresówce) plaga pijaństwa znowu się szerzyła, żeby na dobre odrodzić się za hitlerowskiej okupacji.
Wypić, żeby przetrzymać
W czasie okupacji pełną parą zaczęły pracować nielegalne bimbrownie. Jedna wieś mogła ich mieć nawet 20! W okresie PRL konsumpcja samogonu pędzonego głównie na prowincji, w ziemiankach i poniemieckich bunkrach, jeszcze wzrosła. I to mimo wzmożonego ścigania przez władze. W 1947 r. do obozów pracy trafiło 1016 bimbrowników. Ludzie pędzili, bo państwowa wódka, dwa razy droższa niż przed wojną, była dla nich cenowo nieprzystępna. Powstawały nawet "koncerny samogonowe" zatrudniające chłopów z okolicznych wsi, które posiadały własny transport i niemal przemysłową aparaturę. Pędzony nielegalnie alkohol był następnie sprzedawany "na puszczone oko" w państwowych placówkach.
Od lat 60. do początku 80. w świadomości społeczeństwa PRL funkcjonował etos knajpiany. Z artystami i literatami w miejskich barach bratali się "ubowcy" oraz prości budowniczowie socjalizmu, którzy wprowadzili do biesiad elementy ludowe. Równolegle kwitła suto zakrapiana gastronomia masowa w postaci budek z piwem, gdzie pito szybko, milczkiem i "na stojaka".
W 1981 r. "dla otrzeźwienia zniewolonego narodu" Solidarność próbowała wprowadzić społeczną prohibicję. Również władze PRL chciały ograniczyć pijaństwo. Jesienią 1981 r. wprowadzono reglamentację alkoholu, a w sierpniu 1983 r. Jaruzelski zakazał sprzedaży procentowych trunków przed godziną 13. Niewiele to pomogło. U progu nowego ustroju, w 1989 r., przeciętny Polak wypijał rekordową liczbę 7-8 litrów czystego etanolu rocznie!