- W niedzielę rano w Smykowie doszło do tragicznego wypadku, w którym niebieski Fiat z impetem najechał na stojący na poboczu samochód ciężarowy.
- Na miejscu zginęło trzech mężczyzn: Józef Ś. († 69 l.) oraz jego synowie Andrzej († 45 l.) i Paweł († 41 l.), wszyscy byli mieszkańcami Smykowa.
- Miejsce wypadku znajdowało się blisko domu ofiar, a na drodze nie znaleziono śladów hamowania. Okoliczności zdarzenia oraz cel wyjazdu ojca z synami wciąż pozostają niewyjaśnione.
Tragiczny wypadek w Smykowie. Nie żyje trzech mężczyzn
– Pół rodziny zginęło w jednej chwili! To jakieś fatum – mówi pani Józefa ( 65 l.) mieszkanka Smykowa. To właśnie w okolicy jej domu doszło do dramatycznych wydarzeń w niedzielny poranek. – My spaliśmy, niczego nie widzieliśmy, ale przybiegła do nas sąsiadka Kinga, żona jednego z mężczyzn, którzy zginęli. Był cała roztrzęsiona i nam powiedziała, co się wydarzyło. To ona dzwoniła po pomoc, była pierwsza na miejscu wypadku – opowiada kobieta.
Okazje się w niebieskim Fiacie jechali: Józef Ś. († 69 l.) wraz z dwoma synami: Andrzejem († 45 l.) oraz Pawłem († 41 l.). Wszyscy byli mieszkańcami Smykowa (powiat dąbrowski), mieszkali w jednym domu. Paweł był kawalerem, jego tata Józef wdowcem, a Andrzej miał żonę i dwoje dzieci.
Nie było śladów hamowania. Nic nie zapowiadało nieszczęścia
– Z okien ich domu widać było zaparkowaną ciężarówkę. Oni mieszkali bardzo blisko, może 200-300 metrów od miejsca, gdzie zginęli – opowiada sąsiadka. Wiadomo, że auto prowadził jeden z braci, prawdopodobnie Andrzej, jednak dopiero ma to ustalić prokuratorskie śledztwo. Wiadomo, że z auta, którym jechał ojciec z synami niemal nic nie zostało. Siła uderzenia dosłownie zmiażdżyła przód samochodu.
"Super Express" rozmawiał z synem Józefa († 69 l.) i bratem Andrzeja oraz Pawła, który mieszka za granicą. – Ja nie wiem co się stało, z ojcem i braćmi rozmawiałem niedawno. Nic nie wskazywało, że dojdzie do nieszczęścia. Byłem na miejscu tragedii, nie widziałem tam śladów hamowania – powiedział pan Łukasz. Jak tylko dowiedział się o wypadku, wsiadł w samolot i przyleciał do Polski.
W sprawie wypadku jest bardzo dużo znaków zapytania. Miejsce, gdzie doszło do zdarzenia było dobrze znane kierowcy. Znajduje się ono w bardzo bliskiej odległości od domu rodzinnego. Szosa w miejscu wypadku skręca bardzo nieznacznie. Wydaje się, że trudno tu stracić kontrolę nad autem. Niewyjaśniony pozostaje także cel wyjazdu ojca i braci w niedzielny poranek. Żona Andrzeja Ś. zapytała męża przed wyjściem, gdzie idzie, on odparł jej tylko, że "niedaleko".