Tragiczny wypadek tramwajowy w Warszawie. Jak doszło do tragedii?
Do tragedii doszło w 2022 roku przy przystanku Batalionu „Platerówek”. Tramwaj zmierzał w kierunku pętli Żerań FSO. Z ostatniego wagonu wysiadała babcia z 4-letnim wnukiem. Kobieta wyszła pierwsza, a za nią dziecko. Wtedy wydarzył się dramat. Drzwi przytrzasnęły chłopcu nogę. Pojazd ruszył, ciągnąc bezbronnego malca mimo desperackich prób zatrzymania tramwaju.
− Kobieta starała się wyciągnąć wnuka, którego lewa nowa utknęła miedzy powłoką ostatniego schodka a drzwiami. Próbowała zatrzymać pojazd, uderzając pięściami w drzwi wagonu, jednak motorniczy ruszył − opisywała sędzia Katarzyna Wanat.
Lista obrażeń odczytana podczas procesu była porażająca. Sąd przez kilka minut wymieniał urazy, jakich doznało dziecko. Wśród nich znalazły się m.in. rozległe obrażenia głowy, złamanie sklepienia czaszki oraz nosa, rozerwanie błony języka i jamy ustnej, złamanie obu łopatek, obojczyka, kości piszczelowej oraz stłuczenie miąższu płuca.
We wtorek (17 lutego) zapadł wyrok. Sędzia Katarzyna Wanat podkreśliła, że wina motorniczego jest bezsporna. Według ustaleń sądu naruszył on zasady bezpieczeństwa, nienależycie obserwował drogę i aktywnie korzystał z telefonu komórkowego oraz zestawu słuchawkowego.
− Półtorej sekundy, tyle Robert S. poświęcił, aby upewnić się, że bezpiecznie może ruszyć z przystanku. Poświecił niewystarczającą ilość czasu na obserwację przystanku, bo gdyby było inaczej, to dostrzegłby, czy ruszenie tramwaju nie spowoduje niebezpieczeństwa dla pasażerów. Gdyby tylko spojrzał w lusterko dostrzegłby przytrzaśniętego Aleksandra − argumentowała Katarzyna Wanat.
Rozmowy telefoniczne motorniczego w chwili wypadku
Z ustaleń biegłych wynika, że układy bezpieczeństwa działały prawidłowo, wagony miały aktualne badania techniczne, a warunki drogowe były dobre. Zdaniem ekspertów wysiadający chłopiec i jego babcia powinni być widoczni dla motorniczego. − Sąd ustalił, że zachowanie pani Marii było prawidłowe, nie przyczyniała się ona do wypadku − stwierdziła sędzia.
Podczas ostatniej rozprawy ujawniono też szczegóły dotyczące telefonu motorniczego. W trakcie jazdy tramwajem zadzwonił do niego mężczyzna w sprawie naprawy blacharskiej samochodu. Robert S., który poza pracą prowadził działalność gospodarczą w zakresie napraw aut, odebrał telefon. Ta rozmowa trwała 35 sekund. W dniu zdarzenia do czasu wypadku S. wykonał łącznie 14 połączeń, z których najdłuższe trwały nawet 50, 44 czy 32 minuty.
Wyrok dla motorniczego Roberta S.
Motorniczy, który pracował w zawodzie od 14 lat i wcześniej uczestniczył w dwóch kolizjach, został skazany na półtora roku bezwzględnego więzienia, czteroletni zakaz prowadzenia pojazdów mechanicznych (od 2022 r.) oraz obowiązek zapłaty 100 tys. zł zadośćuczynienia rodzinie ofiary. Prokurator domagał się sześciu lat więzienia. − Sąd wziął pod uwagę okoliczności obciążające i łagodzące. Oskarżony naruszył zasady ruchu drogowego i ponosi za to odpowiedzialność, ale sam leczy się, izoluje się od ludzi − zauważyła sędzia.
Robert S. nie przyznał się do winy, choć przeprosił rodzinę chłopca. Na ogłoszeniu wyroku nie był obecny. Orzeczenie nie jest prawomocne, a obrona zapowiada analizę uzasadnienia i możliwą apelację.