Do zabicia przyznał się podczas spowiedzi. Pobił Monikę tak mocno, że złamał sobie rękę

Robert P. przez lata pozostawał bezkarny, mimo że dokonał brutalnego morderstwa. Zmasakrowane ciało Moniki G. znaleziono dopiero kilka tygodni po jej śmierci, a sprawcę zatrzymano po ponad dwóch latach. Do zbrodni doprowadził przypadkowy splot wydarzeń, a kluczowe okazały się wyniki badań DNA i... spowiedź u księdza w więzieniu.

Super Express Google News

W grudniu 2015 roku na terenie ogródków działkowych przy ul. Żwirki i Wigury w Warszawie doszło do wstrząsającej zbrodni. Monika G., – 37-letnia kobieta w kryzysie bezdomności – została zamordowana w wyjątkowo brutalny sposób. Jej ciało odnaleziono kilka tygodni po śmierci. Nie było wiadomo, kto zmasakrował jej ciało. Nie znaleziono świadków, a materiał dowodowy ograniczał się do śladów zabezpieczonych w altance na jednej z działek. Przełom nastąpił dopiero w 2018 roku, gdy śledczy trafili na trop Roberta P., i to czystym przypadkiem.

Morderca wyznał, że zabił Monikę, podczas spowiedzi w więzieniu

Robert P. miał wiele na bakier z prawem. Odsiadywał akurat wyrok w Białymstoku, gdy nie wytrzymał. Dręczyły go wyrzuty sumienia i opowiedział o zbrodni księdzu na spowiedzi. − Miałem wyrzuty sumienia. Wyznałem księdzu podczas spowiedzi, że zabiłem. On mi odpowiedział, żebym zgłosił się na policję. Ale oni sami przyszli, pobrali DNA – wspominał Robert P., cytowany przez Gazetę Wyborczą.

Robert P. nie był wcześniej typowany jako podejrzany. Dopiero dzięki ekspertyzom daktyloskopijnym oraz badaniom genetycznym, które porównały jego DNA z zabezpieczonymi śladami, udało się powiązać go ze zbrodnią.

Podczas śledztwa mężczyzna złożył obszerne zeznania, w których przyznał się do winy. Twierdził, że znał Monikę od 2010 roku – poznali się na warszawskim Dworcu Zachodnim. Przez kilka lat funkcjonowali w tym samym środowisku, nawet razem dopuścili się przestępstwa. Potem ich drogi się rozeszły. Spotkali się ponownie przypadkiem w grudniu 2015 roku, przy Dworcu Centralnym. Mężczyzna przyjechał do stolicy stopem ze Szczecina. Zaczęli wspominać przeszłość, pili alkohol. Według relacji Roberta P., Monika miała go kiedyś wydać policji – był to temat, do którego wrócili tamtej nocy.

Kupili cztery piwa i wódkę na stacji paliw, a potem weszli do jednej z otwartych altanek w ogródkach działkowych. Tam doszło do zbliżenia. Po nim kobieta miała trzykrotnie uderzyć Roberta P. w twarz. A on dostał furii.

Nie wiem, dlaczego to zrobiłem. Działałem po prostu w pijackim widzie. Dużo tego dnia wypiłem, tabletkę na padaczkę popiłem piwem – mówił w śledztwie cytowany przez „Gazetę Wyborczą”.

Monika zginęła w męczarniach – „z twarzy została krwawa miazga”

Nastąpił brutalny atak. Mężczyzna usiadł na kobiecie i zaczął bić ją na oślep. Uderzał jej głową o podłogę, dusił. Obrażenia były makabryczne. Doszło do licznych złamań twarzoczaszki, żeber, oderwania podniebienia, uszkodzenia narządów wewnętrznych. Z twarzy Moniki G. – jak opisywał później prokurator – została „krwawa miazga”.

Morderca bił ją tak długo i z taką siłą, że sam złamał sobie rękę. Następnie zabrał jej dowód osobisty i kartę bankomatową, które później wyrzucił do studzienki kanalizacyjnej. Udał się do szpitala, gdzie założono mu gips na złamane przedramię. Po trzech dniach wyjechał z Warszawy.

Śledztwo prowadzone przez Prokuraturę Okręgową w Warszawie było wyjątkowo trudne. Kluczowe znaczenie miały wyniki sekcji zwłok i opinie z zakresu medycyny sądowej. − W toku śledztwa, w oparciu o wyniki sekcji zwłok i opinię z zakresu medycyny sądowej ustalono, że oskarżony Robert P. wielokrotnie zadał pokrzywdzonej, z dużą siłą, uderzenia w głowę, twarz, klatkę piersiową, brzuch i kończyny dolne. Skutkiem tępych urazów mechanicznych były liczne złamania kości twarzoczaszki i rozległe obrażenia narządów wewnętrznych – informował prokurator Łukasz Łapczyński, ówczesny rzecznik Prokuratury Okręgowej w Warszawie.

Proces rozpoczął się w październiku 2019 roku Robert P. przyznał się do zarzutu zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem, ale odmówił składania wyjaśnień w sądzie. Ostatecznie Sąd Okręgowy w Warszawie uznał go winnym zbrodni i skazał na 25 lat pozbawienia wolności oraz orzekł pozbawienie praw publicznych na okres 5 lat. Wyrok zapadł 10 października 2019 roku.

Jak podkreśliła prokuratura, sposób działania oskarżonego – zadanie wielu tępych urazów z dużą siłą, zwłaszcza w okolice twarzy i brzucha, a także gwałtowne duszenie – dawał podstawy do zakwalifikowania czynu jako zabójstwa ze szczególnym okrucieństwem. 

Zabójstwo na terenie kampusu UW w Warszawie. Policja opublikowała nagranie
Sonda
Jaka powinna być kara za zabójstwo?

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki