Krew lała się z nosa, ale winę zrzucił na "Ukraińca". Rozbity Dodge, nietrzeźwa para i szokujące zeznania

2026-01-02 12:54

W grudniową noc na warszawskiej Stanisławowskiej doszło do kolizji, która owiana jest aurą tajemnicy. Na jezdni stał rozbity dodge, obok niego zaś - nietrzeźwa para. Mężczyzna, z którego nosa ciekła krew, twierdził, że użyczył auto nieznajomemu Ukraińcowi. Niespójne wyjaśnienia i alkoholowa woń wzbudziły podejrzenia strażników miejskich. Co naprawdę się wydarzyło?

Krew lała się z nosa, ale winę zrzucił na Ukraińca. Rozbity Dodge, nietrzeźwa para i szokujące zeznania

i

Autor: Straż Miejska Warszawa/ Materiały prasowe
Super Express Google News
  • W bożonarodzeniową noc na ulicy Stanisławowskiej doszło do kolizji, której okoliczności wzbudziły podejrzenia służb.
  • Strażnicy miejscy znaleźli rozbity samochód i nietrzeźwą parę, której wyjaśnienia dotyczące zdarzenia były niespójne.
  • Mężczyzna twierdził, że pożyczył auto nieznajomemu Ukraińcowi za 200 złotych, jednak szczegóły zdarzenia budziły wątpliwości.

Nocna interwencja na Stanisławowskiej

26 grudnia, około godziny 4 nad ranem, patrolujący ulicę Stanisławowską strażnicy miejscy natknęli się na nietypowy widok. Na jezdni stała kobieta i mężczyzna, a obok nich - doszczętnie rozbity Dodge. Przód pojazdu był całkowicie zniszczony, a z silnika wyciekały płyny eksploatacyjne, tworząc na asfalcie niebezpieczną plamę. Wokół wraku walały się liczne części karoserii, a we wnętrzu samochodu widać było wystrzelone poduszki powietrzne, świadczące o sile zderzenia. Uwagę funkcjonariuszy natychmiast zwrócił wygląd mężczyzny, który miał widoczne ślady krwi w okolicy nosa.

Ich zachowanie było dalekie od typowego dla uczestników kolizji. Oboje nalegali na strażników, aby ci jak najszybciej pomogli im wezwać lawetę i, co najbardziej zastanawiające, „nikomu nie mówili o całym zajściu”. Ta prośba, w połączeniu z wyczuwalnym od obojga zapachem alkoholu, tylko wzmocniła podejrzenia.

Uciekł policjantom na zamarnięty staw

"Tajemniczy Ukrainiec"

Mężczyzna przedstawił wersję wydarzeń, która brzmiała jak scenariusz z filmu sensacyjnego. Twierdził, że zaledwie kwadrans wcześniej pożyczył swój samochód „mężczyźnie pochodzenia ukraińskiego”, który miał mu zapłacić 200 złotych za możliwość krótkiej przejażdżki. Kiedy „nieznajomy” długo nie wracał, mężczyzna wraz z żoną mieli wyjść przed blok i tam, ku swojemu zdziwieniu, zastać swojego Dodge’a wbitego w inny, zaparkowany na skraju drogi samochód.

Na tropie prawdy o świątecznym wypadku

Niespójne i wręcz absurdalne wyjaśnienia pary nie przekonały strażników miejskich. W obliczu tak poważnych rozbieżności i widocznego stanu upojenia alkoholowego, funkcjonariusze podjęli decyzję o wylegitymowaniu obojga i natychmiastowym wezwaniu na miejsce policji. Teren kolizji został zabezpieczony, aby nie doszło do dalszych zagrożeń. Przybyli na miejsce policjanci potwierdzili wcześniejsze podejrzenia - zarówno kobieta, jak i mężczyzna byli pod wpływem alkoholu.

Dalsze działania służb były już standardową procedurą. Na miejsce tajemniczej kolizji w Warszawie wezwano technika kryminalistyki, który przeprowadził szczegółowe oględziny rozbitego auta i miejsca zdarzenia. Każdy detal, od śladów opon po ułożenie szczątków samochodu, mógł okazać się kluczowy w ustaleniu prawdziwych okoliczności kolizji.

Decyzją oficera dyżurnego, obie osoby zastane przy rozbitym Dodge'u zostały zatrzymane do dalszych czynności. Teraz to na barkach śledczych spoczywa ciężar rozwikłania tej zagadki i ustalenia, kto faktycznie siedział za kierownicą w chwili zdarzenia oraz jakie były prawdziwe motywy tak kuriozalnych zeznań - czy „nieznajomy Ukrainiec” rzeczywiście istniał, czy też był jedynie desperacką próbą uniknięcia odpowiedzialności.

Sonda
Czy uczestniczyłeś kiedyś w wypadku lub kolizji?

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki