Ojciec rodziny zginął w wypadku. Skandaliczne sceny na rozprawie Łukasza Żaka. Uśmiechy, żarty i takie gesty

To był jeden z ostatnich dni procesu w sprawie śmiertelnego wypadku na Trasie Łazienkowskiej w Warszawie. Na sali Sądu Rejonowego dla Warszawy-Śródmieścia strony wygłosiły już mowy końcowe. Prokuratura zażądała dla Łukasza Żaka 20 lat więzienia. Obrona przekonywała, że sąd nie może wydawać wyroku pod wpływem emocji, tylko na podstawie prawa i zgromadzonych dowodów. Jednak wszyscy uczestnicy procesu zapamiętają z niego jeszcze jedną rzecz. To, w jaki sposób zachowywał się oskarżony na sali.

Na sali było cicho. Przerywały je tylko kolejne wystąpienia. Ale uwagę zwracało nie tylko to, co padało z mównicy. Przez większą część, i to nie tylko ostatniej rozprawy, oskarżeni siedzieli blisko siebie. Zajmowali pierwsze dwie ławki. Co jakiś czas wymieniali się spojrzeniami, uśmiechali się i gestykulowali. Reagowali na to, co działo się na sali. Czasami jeden za drugim wychodzili na zewnątrz. Nie były to pojedyncze sytuacje. Z perspektywy osób siedzących na publiczności trudno było tego nie zauważyć.

Poruszające zeznanie wdowy Eweliny P.

To mocno kontrastowało z tym, czego dotyczyła sprawa. Na sali co chwilę wracały słowa o śmierci pana Rafała P. i dwójce małych dzieci, które przeżyły wypadek. Najbardziej poruszającym momentem rozprawy było wystąpienie pani Eweliny P. Wdowa mówiła spokojnie. − 14 września, sobota. To był dzień świętowania naszej rodziny. Noc z 14 na 15 września była końcem tego świętowania i końcem naszego dotychczasowego życia. To był ostatni dzień, kiedy się uśmiechałam − powiedziała.

Chwilę później zwróciła się w stronę osób siedzących na ławie oskarżonych. − Patrząc na osoby siedzące naprzeciwko mnie, które na każdej rozprawie przychodziły tutaj jak na spotkanie towarzyskie − uśmiechy, przybijanie sobie piątek, żarty, strojenie min − mam poczucie, że dla nich ten proces cały czas jest zabawą − kontynuowała.

To był moment, który wybrzmiał wyjątkowo mocno. Zwłaszcza że wcześniej na sali rzeczywiście można było zobaczyć uśmiechy, rozmowy i gesty między oskarżonymi.

Prokuratura nie miała wątpliwości, jaka kara powinna zapaść. − Ta kara 20 lat pozbawienia wolności jawi się jako jedyna adekwatna w tej sprawie. Jedyna adekwatna wobec ogromnego stopnia społecznej szkodliwości tego przestępstwa oraz zachowania oskarżonego zarówno przed, jak i po jego popełnieniu − mówiła prokurator. Domaga się też dożywotniego zakazu prowadzenia pojazdów, 300 tys. zł zadośćuczynienia dla żony ofiary i 300 tys. zł dla syna, a także świadczenia na Fundusz Pomocy Pokrzywdzonym.

Ostatnie słowa oskarżonego Łukasza Żaka

Obrona odpowiadała, że nikt nie podważa tragedii rodziny, ale sąd nie może ulegać presji opinii publicznej.

− Są sprawy, w których największą trudnością staje się konieczność oddzielenia prawa od emocji. Ta sprawa należy właśnie do takich. Sąd nie jest portalem internetowym, nie jest studiem telewizyjnym i nie jest miejscem realizacji społecznego gniewu. Sąd jest miejscem, w którym obowiązuje wyłącznie prawo − mówiła adwokat.

Na zakończenie kilka zdań powiedział sam Łukasz Żak. − Nigdy w życiu nie chciałem, żeby doszło do takiej tragedii. Jeszcze raz bardzo przepraszam za to, co się stało − skwitował.

Łukasz Ż. opuścił areszt w Warszawie. Nowe informacje ws. wypadku na Trasie Łazienkowskiej
Sonda
Czy miałeś kiedyś wypadek drogowy?

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki