„Powoli dochodzę do siebie”
Szpital przy Szaserów w Warszawie. To tutaj Michał Zbroja spędza ostatnie tygodnie. Jego codzienność to badania i próba odzyskania podstawowej sprawności.
− Powoli dochodzę do siebie. Na razie poruszam się z chodzikiem, czasem zrobię kilka kroków sam, ale przez to, co się stało z płucami, to wszystko wciąż jest trudne. Człowiek szybko się męczy, brakuje wydolności. Jeszcze niedawno praktycznie się nie ruszałem − mówi reporterowi „SE” w szpitalu.
Jeszcze niedawno jego stan był znacznie cięższy. Trudności z oddychaniem narastały, a organizm był skrajnie osłabiony. Z jego płuc odciągnięto kilka litrów płynu. Problemy wciąż się utrzymują, a leczenie jest skomplikowane przez inne schorzenia.
Choroba i trudne doświadczenia
Droga do poprawy zdrowia nie była prosta. Michał trafił najpierw do innej placówki, gdzie, jak sam mówi, nie uzyskał właściwej pomocy. − Trafiłem najpierw do jednego szpitala, gdzie nie do końca wiedzieli, co ze mną zrobić. Źle mnie zdiagnozowano, leczenie było niewystarczające − tłumaczy.
Wspomina także trudne warunki pobytu. − Leżałem w sali, gdzie ludzie umierali obok mnie. To zostaje w głowie. To jest coś, czego się nie zapomina − dodaje.
Dopiero w obecnym szpitalu rozpoczęto skuteczniejsze leczenie. Zdiagnozowano m.in. obecność płynu w płucach i bardzo wysoki stan zapalny. − Okazało się, że mam wodę w opłucnej. W sumie ściągnęli mi ponad pięć litrów płynu. Do tego bardzo wysoki stan zapalny − CRP na poziomie 160, gdzie norma to kilka jednostek − mówi reporterowi.
Praca, która była całym życiem
Na co dzień Michał pracował jako taksówkarz w Warszawie. To było jego główne źródło utrzymania. − W naszym zawodzie nie ma etatu − jak pracujesz, to zarabiasz, jak nie pracujesz, to nie ma nic. Ja jeżdżę taksówką, żona też pracuje, więc jak mnie wyłączyło na miesiąc, to od razu zrobiło się ciężko − tłumaczy.
Jak podkreśla, decyzja o pracy za kierownicą była jedną z najlepszych w jego życiu. − Każdy dzień jest inny, każdy pasażer inny. Rozmowy, historie, ludzie − wylicza.
Wcześniej jego droga zawodowa była zupełnie inna. Zaczynał jako ochroniarz w warszawskich klubach, co z czasem otworzyło mu drzwi do świata filmu. Pojawiał się w epizodycznych rolach, m.in. w produkcjach takich jak „Botoks”, „Pitbull”, „W lesie dziś nie zaśnie nikt” czy „Wielka Warszawska”.
„Zawsze starałem się być w porządku wobec ludzi”
Zbiórka na leczenie została zorganizowana przez jego znajomych. Jak podkreśla Michał, sam nie chciał wychodzić z taką inicjatywą. − Całą zbiórkę zorganizował mój przyjaciel. Ja sam nie chciałem się z tym wychylać. Wiesz, jak jest. Nie każdy lubi się tak odsłaniać − mówi.
Do tej pory udało się zebrać ponad 18 tysięcy złotych z potrzebnych 50 tysięcy. W akcję włączyło się ponad 250 osób. Dla niego to coś więcej niż wsparcie finansowe.
− Zawsze starałem się być w porządku wobec ludzi. Nawet drobne rzeczy, podwiezienie kogoś zimą za darmo, pomoc, rozmowa. I widzę, że to wraca. Teraz, kiedy ja potrzebowałem pomocy, ludzie się odezwali − tłumaczy.
Rodzina i powrót do normalności
Największym wsparciem jest dla niego rodzina − żona Dorota i syn. − Żona jest przy mnie codziennie, syn też mnie odwiedzał, choć nie chcemy, żeby za dużo widział. To oni są największym wsparciem − mówi.
Przed nim jeszcze długa droga. Nawet jeśli wkrótce opuści szpital, konieczna będzie rehabilitacja i stopniowy powrót do sprawności. − Nie mogę rzucić się od razu do pracy, bo szybko bym tu wrócił − tłumaczy.
Dziś jego cel jest prosty. − Teraz najważniejsze jest jedno, wrócić do życia. Nie tylko do zdrowia, ale do normalnego życia. Do pracy, do ludzi, do codzienności. Bo to jest coś, co docenia się dopiero wtedy, kiedy się to traci − podsumowuje.