Pożar wybuchł w Wielkanoc 2021 r., kilkanaście minut po północy z niedzieli na poniedziałek, w budynku, w którym na parterze znajdował się ośrodek zdrowia, na piętrze dwa mieszkania i dwa na poddaszu. Zarzewie ognia było na dachu, płomienie szybko pojawiły się na poddaszu odcinając wyjście z mieszkania rodzinie S. W śmiertelnej pułapce znalazły się cztery osoby, rodzice i dwójka małych dzieci. Gdy gęsty dym wdarł się do ich pomieszczeń, sąsiedzi zauważyli pożar i powiadomili służby ratownicze.
Czytaj także: Tragedia na Mazowszu. W pożarze mieszkania zginął 31-letni ojciec i dwójka małych dzieci
Na miejscu pojawiły się jednostki gaśnicze z okolicznych OSP, Państwowej Straży Pożarnej z Siedlec i Mińska Mazowieckiego. W akcji uczestniczyło 14 zastępów i blisko 50 strażaków. Z palącego się mieszkania ewakuowano czteroosobową rodzinę. Wszyscy byli nieprzytomni, ratownicy podjęli czynności przywracające im czynności życiowe. Na miejscu w karetce pogotowia zmarł w wyniku zaczadzenia Damian S. (+31 l.). Do szpitala w stanie ciężkim przewieziono jego żonę Magdalenę S. (32 l.) i dwójkę dzieci: Zuzię (+9 l.) i Dawidka (+6 l.). Niestety, dziewczynka zmarła już w drodze do szpitala, a chłopiec kilka godzin później. Oboje zatruł tlenek węgla. Ich mama trafiła do specjalistycznej kliniki leczenia poparzeń w Łęcznej. Jest stan był ciężki.
Ośmiu osobom, które mieszkały na niższej kondygnacji, nic się nie stało. Pogorzelcom zapewniono lokale zastępcze, ponieważ pomieszczenia znajdujące się poniżej poddasza zostały zalane podczas akcji gaśniczej.Mieszkańcy wioski bardzo przeżyli tragedię.
Nie mogę uwierzyć, że takie nieszczęście dotknęło tych wspaniałych ludzi – płakała sąsiadka. – Do mieszkania nad przychodnią sprowadzili się trzy lata temu. Magda pochodzi z Bojmia, a jej mąż Damian z jakiejś mazowieckiej wioski. Zawsze uprzejmi i uśmiechnięci. A Zuzia, to była śliczna dziewczynka. Bardzo ją lubiłam, bo zawsze ze mną rozmawiała – dodała.
Dziewiątego dnia po pożarze odbył się pogrzeb Damiana S. oraz Zuzi i Dawidka. W ostatniej drodze towarzyszyła im najbliższa rodzina i mieszkańcy okolicznych wiosek. Mimo padającego deszczu na pogrzebie pojawiły się tłumy. Jako, że uroczystości odbywały się podczas pandemii, duchowny celebrujący żałobną mszę w kościele św. Aleksego w Oleksinie uprzedził zebranych, że obowiązują wszystkich wymagane obwarowania sanitarne. Do świątyni została wpuszczona najbliższa rodzina, a pozostali żałobnicy modlili się na placu kościelnym.
Ciała dzieci i ich taty z kaplicy pogrzebowej do kościoła przywiozły dwa karawany. W jednym ustawiono dwie białe trumienki Zuzi i Dawidka, a w drugim brązową trumnę z ciałem ich taty. Ksiądz nie ukrywał emocji, ledwie powstrzymywał łzy. Łkali też żałobnicy. Duchowny podczas krótkiego kazania łamiącym się głosem pocieszał rodzinę ofiar.
Przyszło im zejść z tego świata w święta, Pan przyjął ich do siebie i otoczy niebiańską opieką. Tam będzie im dobrze, ale my cierpimy z tego powodu – mówił. – Musimy wierzyć w to, że zostaną wskrzeszeni i spotkamy się z nimi – dodał.
Po mszy trumny z ciałami zostały przeniesione na pobliski cmentarz. Zuzia, Dawidek i ich tata zostali pochowani obok siebie w jednym grobie.
Śledztwo w sprawie tragedii w Bojmiu prowadzone było przez Prokuraturę Rejonową w Siedlcach. Powoływano biegłych z dziedziny pożarnictwa i patomorfologii. Ustalono, że do pożaru nie przyczyniły się osoby trzecie.
Pożar rozwinął się od urządzenia, tzw. przekaźnika Internetu na dachu – poinformował nas Adrian Wysokoński z Prokuratury Rejonowej w Siedlcach. – W transformatorze nastąpiło zwarcie, które doprowadziło do powstania zarzewia ognia.
Dziś na cmentarzu w Oleksinie stoi pomnik ofiar pożaru. Na kamiennej tablicy widnieje napis: „Lecz oni przecież ciągle żywi, nadal wytrwale są wśród nas, ich dusze przy nas pozostały, tylko ich ciała zabrał czas”.