„Zabiłem człowieka, uciekam z Polski”. Dzieci straciły ojca, Paulina walczyła o życie. Szokujące kulisy

Mijają dwa lata od nocy, która na zawsze zmieniła życie kilku rodzin. 15 września 2024 roku rozpędzony Volkswagen Arteon z ogromną siłą uderzył w Forda Focusa jadącego Trasą Łazienkowską w Warszawie. Zginął 37-letni Rafał P., ojciec małych dzieci. Ciężkich obrażeń doznała między innymi 20-letnia wtedy Paulina K., pasażerka auta sprawcy oraz Ewelina P., która podróżowała z mężem. Kierowca Volkswagena, Łukasz Żak (sąd wyraził zgodę na publikację jego imienia i nazwiska), zamiast pomóc poszkodowanym, uciekł z miejsca tragedii. Kilka dni później został zatrzymany w Niemczech. Przez dwa lata „Super Express” odsłaniał kolejne dramatyczne fakty w tej sprawie. Były wstrząsające zeznania świadków, opinie biegłych, informacje o próbach wpływania na postępowanie i w końcu wyrok: 20 lat więzienia.

To miała być zwykła noc. Rodzina wracała do domu ze spotkania towarzystkiego. W drugim samochodzie grupa znajomych jechała przez Warszawę. Nikt nie wiedział, że za chwilę wydarzy się tragedia...

W nocy z 14 na 15 września 2024 roku na Trasie Łazienkowskiej biały Volkswagen Arteon uderzył w tył Forda Focusa, którym podróżowała czteroosobowa rodzina. Według ustaleń śledczych za kierownicą siedział Łukasz Żak. Biegli później ustalili, że samochód miał poruszać się z prędkością około 225 km/h. Siła zderzenia była ogromna. 37-letni Rafał P. zginął na miejscu. Jego partnerka Ewelina P. oraz dwoje dzieci trafili do szpitala. W Volkswagenie znajdowało się pięć osób. Jedną z nich była Paulina K. Miała wtedy 20 lat. Kobieta została wyrzucona z samochodu. Odniosła bardzo ciężkie obrażenia. Miała połamaną czaszkę, kości policzkowe, wybite zęby. Po przewiezieniu do szpitala przez wiele tygodni przebywała w śpiączce. Najbardziej szokujące było jednak to, co wydarzyło się później. Łukasz Żak nie został na miejscu wypadku. Nie udzielił pomocy rannym. Odjechał, zostawiając za sobą rozbite auta i ludzi walczących o życie.

Dziewczyna, która zaufała niewłaściwemu człowiekowi

Paulina K. poznała Łukasza Żaka zaledwie miesiąc przed tragedią. Na co dzień mieszkała w Szwecji razem z mamą. Do Warszawy przyjechała z planami i marzeniami. Bliscy opisywali ją jako ambitną, inteligentną dziewczynę, która chciała zostać dentystką. Początkowo nic nie wskazywało jednak, że znajomość zakończy się dramatem.

Zakochała się. Przystojny, szarmancki, robił wrażenie nie tylko na Paulinie, ale i na nas. Dobrze zagrał − mówiła „Super Expressowi” ciotka Pauliny.

Później wyszło na jaw, że Łukasz Żak miał za sobą konflikty z prawem. Nie powiedział rodzinie Pauliny, że miał pięciokrotny sądowy zakaz prowadzenia pojazdów, a także wyroki za narkotyki, oszustwa i kradzieże. Po wypadku matka Pauliny opowiadała nam o dramatycznym telefonie od Żaka.

Powiedział „zabiłem człowieka, uciekam z Polski” − relacjonowała Karolina K.

Mężczyzna rzeczywiście uciekł. Najpierw próbował ukryć się za granicą, później trafił do niemieckiego aresztu. W Polsce wydano za nim list gończy, a następnie Europejski Nakaz Aresztowania.

Śledczy: to była próba matactwa

Od początku sprawy prokuratura zwracała uwagę nie tylko na sam wypadek, ale także na zachowanie osób, które były na miejscu tragedii. Prokurator Piotr Skiba mówił: − To była próba matactwa na niespotykaną skalę.

Śledczy ustalili, że po wypadku Żak miał kontaktować się z różnymi osobami i podawać różne wersje dotyczące tego, gdzie zamierza uciec. Według prokuratury próbował w ten sposób zmylić trop. W sprawie zatrzymano także osoby, które miały pomagać mu po tragedii. Chodziło między innymi o nieudzielenie pomocy oraz pomoc w ucieczce.

Każda rozprawa przynosiła nowe fakty

Proces Łukasza Żaka i jego kolegów trwał wiele miesięcy. W styczniu 2026 roku eksperci oceniali między innymi, ile alkoholu mógł mieć Żak w organizmie w chwili wypadku. Ponieważ mężczyzna uciekł z Polski i nie został przebadany alkomatem, biegli wyliczali to na podstawie innych danych. Ich zdaniem Żak mógł mieć od 1,1 do 1,4 promila alkoholu we krwi.

Podczas rozprawy pojawił się także temat obrażeń jednego z pasażerów Volkswagena, który twierdził, że nie mógł pomagać rannym, bo sam był poważnie poszkodowany. Biegły nie potwierdził jednak tych twierdzeń. Padły wtedy słowa, które szczególnie zapadły w pamięć: − Przeciętna osoba ma obowiązek udzielenia pomocy. To są rzeczy, których uczą się dzieci w ósmej klasie − powiedział biegły.

Paulina po raz pierwszy spojrzała mu w oczy

W lipcu 2025 roku Paulina K. pojawiła się w sądzie jako świadek. Było to pierwsze spotkanie z byłym partnerem od czasu tragicznego wypadku. Żak siedział na ławie oskarżonych. Był spokojny, rozmawiał ze swoją mecenas i ani razu nie spojrzał na Paulinę. Kilka miesięcy wcześniej kobieta mówiła: − Po prostu nie ma tego człowieka w moim życiu. Nie będzie go i muszę iść sama dalej.

Gdy pytano ją, jakiej kary oczekuje dla byłego partnera, odpowiedziała: − Chcę dla niego sprawiedliwej kary. Ucierpiałam w wypadku, ale to pani Ewelina jest najbardziej pokrzywdzona. Matka Pauliny miała inne zdanie. − Chciałabym, żeby otrzymał najwyższą możliwą karę. Myślę, że 30 lat więzienia, to byłby sprawiedliwy wyrok − powiedziała.

Finał sprawy. 20 lat za kratami

W lipcu 2026 roku proces dobiegł końca. Prokuratura domagała się dla Łukasza Żaka maksymalnej kary: 20 lat więzienia. Śledczy przypominali, że wcześniej był już karany, między innymi za prowadzenie pojazdu mimo zakazu. Ich zdaniem wcześniejsze kary nie przyniosły efektu. W mowie końcowej prokurator powiedziała: − Nie ma zgody na obecność w społeczeństwie pijanych piratów drogowych.

Jednym z najmocniejszych momentów procesu było ujawnienie grypsu z aresztu. Prokuratura przekazała, że Żak miał próbować zdobyć narkotyki. Na sali odczytano fragment: − Ogarnij mi to, o co cię prosiłem, przez adwokatkę, tego antka i pszczółkę.

16 lipca 2026 roku sąd ogłosił wyrok. Łukasz Żak został skazany na 20 lat więzienia. Dostał też dożywotni zakaz prowadzenia pojazdów. O warunkowe przedterminowe zwolnienie będzie mógł ubiegać się dopiero po 15 latach. Sąd nakazał mu także wypłatę zadośćuczynienia dla bliskich ofiar. Uzasadniając wyrok, sędzia powiedział: − Co trzeba mieć w głowie żeby rozpędzić Arteona do ponad 200 km/h? Przecież to mały czołg. Nie ma wtedy szans na reakcję.

I dodał: − Oczywiście nikt do tego nie dojdzie, co było w pana głowie. Ja opierałem się wyłącznie na faktach. Kara uwzględniła motywacje, pobudki, społeczną szkodliwość. Muszę chronić pojedyncze jednostki, tym wyrokiem chronię mieszkańców Warszawy przed takimi osobami jak Pan.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki