Lidia Korsakówna zanim została gwiazdą, przeżyła piekło. Jej życie uczuciowe było pełne bólu i skandali

Najpierw była dziewczyną z "Mazowsza", którą reżyser wypatrzył jak bohaterkę bajki. Potem twarz Lidii Korsakówny ( +79 l.) znała cała Polska, a "Przygoda na Mariensztacie" miała być początkiem wielkiej kariery. Ale za uśmiechem pięknej aktorki kryło się życie, którego nie powstydziłby się żaden scenarzysta: wojna, choroba, miłość z dramatem w tle i ostatnie lata w Skolimowie.

Dziecko, któremu wojna zabrała zdrowie

Kiedy patrzy się na Lidkę Korsakównę z dawnych fotosów, trudno uwierzyć, ile zmieściło się w tym jasnym, filmowym uśmiechu. Urodziła się 17 stycznia 1934 roku w Baranowiczach koło Nowogródka. Ojciec był Polakiem, matka Rosjanką, a dzieciństwo, które mogło pachnieć muzyką i tańcem, bardzo szybko zostało przecięte przez historię.

Lidia Korsakówna iała pięć lat, gdy zaczęła się wojna. W jej wspomnieniach wracały obrazy, których nie powinno nosić żadne dziecko: aresztowanie matki przez NKWD, strach ojca, ucieczka, zaplombowany wagon, roboty w Niemczech. Po latach opowiadała "Super Expressowi", że jako ośmiolatka musiała pracować przy zwierzętach i ponad siły: - Był 1942, gdy wysłano nas na roboty w głąb Niemiec. Bardzo ciężko pracowaliśmy od świtu, na polu, w oborach. Miałam 8 lat i 30 krów do wyczyszczenia. Nie boję tego powiedzieć, ale tam zniszczono mi zdrowie.

Po wojnie rodzina trafiła do Wałbrzycha. Ojciec szukał pracy, a ona szkoły baletowej. I to jest pierwszy moment, w którym w tej trudnej biografii pojawia się coś jak światełko z teatralnej rampy. Lidia chciała tańczyć. Chciała występować. Chciała być kimś więcej niż dziewczynką, której wojna zdążyła już tyle odebrać.

Lidia uciekła w taniec

Najpierw były lekcje, potem Wrocław, opera i wreszcie Mazowsze. Miała głos, urodę, wdzięk i tę pracowitość, którą później wspominali koledzy. Od 1950 roku występowała w Państwowym Zespole Pieśni i Tańca "Mazowsze" i została solistką. To właśnie tam wypatrzył ją Leonard Buczkowski. Polska ekipa filmowa szukała twarzy do "Przygody na Mariensztacie". Aktorka wspominała, że reżyser miał powiedzieć: "ta albo żadna". Brzmiało jak zaklęcie. Dziewczyna, która dopiero co próbowała wyrwać się z powojennej biedy, nagle miała zagrać główną rolę w filmie, o którym będzie mówił cały kraj.

Ale i tu życie dopisało swój ostry szczegół. Po zdjęciach próbnych trafiła do szpitala z zapaleniem wyrostka. Potem dowiedziała się z gazety, że dostała rolę. A gdy wróciła na plan, znów nie oszczędzała się fizycznie. Jej "przygoda" od początku miała więc w sobie i błysk fleszy, i ból.

Debiut, który miał być początkiem

"Przygoda na Mariensztacie" była dla niej przepustką do popularności. Zagrała Hankę Ruczajównę, dziewczynę z zespołu ludowego, która trafia do odbudowującej się Warszawy. Film przeszedł do historii jako pierwszy polski pełnometrażowy film kolorowy, a Korsakówna stała się jedną z najbardziej rozpoznawalnych młodych twarzy tamtego czasu. Polskie Radio przypominało po jej śmierci, że po tym debiucie "kino, teatr i estrada" porwały ją z "Mazowsza".

Tylko że bajka szybko straciła rozpęd. W filmie piosenki Korsakówny zaśpiewała Irena Santor (91 l.). Potem przyszły kolejne role, ale już rzadko tak duże. Grała u znanych reżyserów, pojawiła się m.in. w "Klubie kawalerów", "Ziemi obiecanej", "Dziewczętach z Nowolipek", "Akcji pod Arsenałem" i serialu 'Królowa Bona". Była w teatrze, telewizji, estradzie. A jednak cień Hanki z Mariensztatu ciągnął się za nią przez całe życie.

Sama miała świadomość, że wielki debiut nie otworzył przed nią takiej drogi, jakiej mogła się spodziewać. W rozmowie z Polskim Radiem wspominała z ironią:

- Każda młoda dziewczyna marzy o tym, żeby zagrać w filmie. W moich czasach to był jedyny sposób, żeby stać się popularną, bo nie było wtedy przecież telewizji. (...) Mój debiut pozytywnie został oceniony i w konsekwencji tego entuzjazmu przez dziesięć najbliższych lat nie otrzymałam żadnej głównej propozycji do filmu.

Miłość przyszła na scenie

Od 1955 roku Korsakówna była związana z warszawskim Teatrem Syrena. To była jej scena, jej dom zawodowy, miejsce spotkań z wielkimi nazwiskami: Hanką Bielicką (+90 l.), Ireną Kwiatkowską (+98 l.), Adolfem Dymszą (+75 l.), Kazimierzem Krukowskim (+83 l.). Tam poznała też Kazimierza Brusikiewicza (+63 l.), aktora, który został jej mężem. Ten rozdział ma w sobie wszystko, co lubią biografie gwiazd: teatr, namiętność, skandal i czekanie. Media opisywały, że Brusikiewicz był wtedy żonaty, a rozwód ciągnął się latami.

Zobacz także: Legenda PRL-u miała słabość do żonatych mężczyzn. Przez lata żyła w miłosnym trójkącie

Lidia i Kazimierz pobrali się dopiero w 1963 roku. Mieli córkę Lucynę. Ale nawet gdy wreszcie mogli być razem oficjalnie, ich historia nie stała się prosta. "Super Express" i inne media pisały o miłosnym trójkącie i powrocie aktora do dawnej żony.

- Ojciec po prostu kochał obie żony. Tak się jakoś porobiło, że zaczęliśmy funkcjonować jak jedna wspólnota rodzinna. Kasia z Lucyną mieszkały przez parę lat razem z ojcem i Lidką, a kiedy Lidka była w trasie, moja mama opiekowała się nimi. Wspólnie spędzaliśmy uroczystości i święta

- mówił po latach Andrzej Brusikiewicz w rozmowie z autorką książki "Być dzieckiem legendy".

Polecamy: Lidia Korsakówna przeżyła rodzinny dramat. Mąż zdradzał ją z byłą żoną, a ona mu wybaczyła. To był jednak początek tragedii...

Cena, którą zapłaciła

W jej biografii pojawia się też dramatyczny wątek Służby Bezpieczeństwa. Według publikacji medialnych miała być szantażowana kompromitującym zdjęciem i zmuszana do pisania raportów o środowisku artystycznym. Miała powiedzieć o wszystkim Brusikiewiczowi, a po zdekonspirowaniu kontakt z SB miał się urwać. Życie nie odpuszczało jej nawet wtedy, gdy największy blask sceny był już za nią. Brusikiewicz chorował i zmarł w 1989 roku. Aktorka później pomagała rodzinie, a kiedy pogorszył się jej stan zdrowia, trafiła do Domu Artysty Weterana w Skolimowie. Cierpiała m.in. na choroby układu oddechowego.

"Super Express" cytował jej gorzkie, ale podszyte humorem słowa o chorobach. Mówiła, że nie obywa się bez tlenu i balkonika. Była w tym jakaś przejmująca klamra: dziewczynka, której wojna kazała pracować ponad siły, po latach znów musiała walczyć z ciałem, które pamiętało za dużo. Zmarła 6 sierpnia 2013 roku w Domu Artystów Weteranów Scen Polskich w Skolimowie. Miała 79 lat. Spoczęła na Wojskowych Powązkach, obok Kazimierza Brusikiewicza. Na pogrzebie odczytano list córki Lucyny, która mieszkała w Ameryce.

Tak mieszkają gwiazdy w Skolimowie

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki