Ma 62 lata, a nadal robi wrażenie. Lenny Kravitz nie wypada z gry

2026-05-26 7:32

Lenny Kravitz kończy 62 lata, ale w jego przypadku rocznicowy pretekst to za mało, by mówić tylko o liczbie. Amerykański artysta od dekad trzyma własny kurs, łącząc rock, funk i soul w brzmienie, które do dziś ma charakter, energię i klasę. I właśnie dlatego wciąż pozostaje gwiazdą, której nie trzeba nikomu przypominać.

Lenny Kravitz

i

Autor: CC0 1.0

Lenny Kravitz 26 maja 2026 roku kończy 62 lata, ale to wcale nie jest historia o muzyku, którego wypada wspomnieć z okazji urodzin i odstawić z powrotem na półkę z napisem "lata 90.". Jeśli już wracać dziś do Kravitza, to nie dlatego, że był efektowny, modny i miał kilka wielkich hitów. Warto wracać do niego dlatego, że mało kto tak sprawnie połączył rockowy pazur, funkowy puls i soulową lekkość, a potem zrobił z tego własny, natychmiast rozpoznawalny język.

Kravitz nigdy nie był artystą jednego muzycznego porządku. Z jednej strony słychać u niego fascynację gitarowym graniem starej szkoły, z drugiej miłość do groove’u, melodii i brzmień, które bardziej kojarzą się z czarną muzyką niż z klasycznym rockowym schematem. I choć taki przepis w teorii mógł skończyć się stylowym miszmaszem, u niego przez lata działał zaskakująco naturalnie.

Nie tylko rockman z plakatu

Najłatwiej byłoby sprowadzić Kravitza do obrazka. Skórzane spodnie, okulary, sceniczna poza, wielkie riffy, no i aura faceta, który wjechał do mainstreamu z gitarą i nie musiał nikomu tłumaczyć, kim jest. Tyle że pod tym wizerunkiem od początku kryło się coś znacznie ciekawszego. Kravitz nie budował kariery wyłącznie na rockowej energii. On od startu myślał szerzej. W jego muzyce słychać echa Hendrixa, słychać Prince’a, słychać soul, psychodelię, funk, czasem nawet miękką, niemal radiową elegancję, która mogłaby się wyłożyć, gdyby nie była podparta wyczuciem. Kravitz miał jednak coś, czego wielu jego rywalom brakowało – intuicję do proporcji. Wiedział, kiedy docisnąć gitarę, kiedy zostawić więcej przestrzeni rytmowi, a kiedy pozwolić, by utwór popłynął bardziej melodią niż siłą.

Dlatego jego najlepsze rzeczy nigdy nie brzmiały jak mechaniczne składanie inspiracji. To nie był szkolny kolaż z klasycznych wpływów. To było granie, które czerpało z przeszłości, ale nie zamieniało się w muzealną rekonstrukcję.

Patent Kravitza był prosty tylko z pozoru

Największy talent Lenny’ego Kravitza polegał na tym, że potrafił robić muzykę nośną, chwytliwą i szeroko przyswajalną bez całkowitego wygładzenia charakteru. To wcale nie jest takie częste. Wielu artystów, którzy próbowali podobnych mieszanek, kończyło albo zbyt zachowawczo, albo przeciwnie – z przesadnie wystylizowanym brzmieniem, które bardziej imponowało pomysłem niż naprawdę działało.

U Kravitza ten miks był żywy. "Are You Gonna Go My Way" do dziś robi wrażenie, bo to nie jest tylko wielki riff i stadionowa poza. W tym numerze siedzi ruch, napięcie i bezczelna pewność siebie, która nie starzeje się tak łatwo. "Fly Away" pokazuje z kolei jego lżejszą stronę – bardziej przebojową, bardziej radiową, ale nadal osadzoną w czymś własnym. Z kolei "It Ain't Over 'Til It's Over" przypomina, że za tym całym rockowym anturażem stał gość, który naprawdę czuł soul i potrafił pisać utwory miękkie, stylowe i nienachalnie emocjonalne.

W tym właśnie tkwił jego patent. Kravitz nie udawał purysty i nie próbował nikomu udowadniać, że jest strażnikiem jedynego słusznego rockowego ognia. Był raczej muzykiem, który rozumiał, że dobra piosenka nie musi wybierać między gitarą, groovem i melodią.

Więcej niż człowiek od kilku hitów

To też dobry moment, żeby odczarować jeden uproszczony obraz. Kravitz bywa pamiętany głównie przez pryzmat kilku gigantycznych singli, a przecież jego pozycja nie wzięła się z samych refrenów, które dobrze zniosły radio. Za tym stał bardzo konkretny styl pisania, produkcji i budowania brzmienia. "Let Love Rule" już na początku pokazywało, że nie interesuje go granie jednowymiarowe. "Always on the Run" miało funk-rockowy nerw, który do dziś brzmi świeżo. "Believe" odsłaniało bardziej psychodeliczne, rozmarzone oblicze. "Mr. Cab Driver" przypominało, że pod retro estetyką może kryć się również treść i zadzior. Nawet gdy wchodził w bardziej gładkie, emocjonalne rejony, jak w "Again", nie gubił własnej tożsamości.

Lenny Kravitz nie schodzi ze sceny

Muzyka Kravitza wciąż się broni, bo nie była niewolnikiem jednej mody. Owszem, najmocniej wyrósł w epoce, w której gwiazdy rocka miały jeszcze aurę większą niż życie, ale sam repertuar nie zatrzymał się w tamtym czasie jak owad w bursztynie. Te piosenki nadal mają ruch, zmysłowość, luz i napięcie. Nie brzmią jak przypadek z konkretnego sezonu, tylko jak efekt bardzo świadomego smaku.

Jest też druga sprawa. Kravitz reprezentuje typ artysty, którego dziś jest coraz mniej. Takiego, który potrafił połączyć mainstreamowy sukces z wyraźnym muzycznym DNA. Nie był całkiem alternatywny, nie był też produktem skrojonym wyłącznie pod listy przebojów. Stał gdzieś pośrodku, ale na własnych warunkach. Dlatego wciąż tak dobrze się go słucha.

Jego 62. urodziny to więc nie tylko pretekst do wspominki. To dobry moment, żeby przypomnieć sobie, że Lenny Kravitz nie został ikoną dlatego, że świetnie wyglądał z gitarą, a dlatego, że potrafił z połączenia rocka, soulu i funku zrobić coś bardzo oryginalnego.

Galeria: Niewiarygodne, w jakim stroju Lenny Kravitz wyciskał siódme poty na siłowni. Te zdjęcia to hit!

Lenny Kravitz - największe przeboje gwiazdora współczesnego rocka!

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki