Władysław "Dziunek" Barański znał doskonale branżę filmową. Podpatrywał fachowców i sam nauczył się trudnej sztuki kaskaderskiej. - W przerwach nie chodziłem w krzaki napić się wódki, tylko analizowałem każdą ze scen. Uczyłem się wszystkiego od podszewki. Dublując aktorów, musiałem uczyć się tego, w jaki sposób poruszają się, jakie gesty wykonują, by wszystko wyglądało naturalnie. Zdarzało się, że za którymś z nich chodziłem przez kilka tygodni, przypatrując się wszystkiemu, co robi. W jakimś amerykańskim westernie widziałem scenę, jak z pociągu wyrzucali trupy grane przez kaskaderów. Patrzę, a ci spadają z nasypu, robią pad przez głowę i wymachują łapami. Trup to trup, musi lecieć jak kłoda, a oni się bali, że sobie głowy porozbijają. Przyglądałem się takim scenom i sam wyciągałem wnioski, jak trzeba upaść, żeby się zbytnio nie poobijać” – wyznaje w rozmowie z Maciejem Schultzem w portalu www.sudety24.pl.
Polecany artykuł:
Z wykształcenia Barański był bowiem technikiem mechanizacji rolnictwa, a filmem zajął się w latach 60. Na swoim koncie miał udział w aż czterystu produkcjach polskich i zagranicznych. Jako kaskader pojawiał się m.in. w filmach: „Lista Schindlera”, „Edi”, czy „Quo vadis”. Nie ograniczał się jednak tylko do kaskaderki. Dostawał epizodyczne role w serialach i filmach. Można go było zobaczyć choćby w "Komisarzu Alexie", czy "Bożej podszewce".
Barański do końca był w dobrej formie, jak na zawodowca przystało. Jeszcze dwa lata temu, jako 78-latek pracował jako ochroniarz planu serialu "Żywioły Saszy. Ogień". Nigdy jednak nie czuł się wyjątkowy.
Nazywają mnie królem kaskaderów, ale ja nie uważam się za gwiazdę. Jestem zwyczajnie fachowcem, takim samym jak szewc czy tokarz. Zadowolony bywam tylko z tego, że nie dublowałem swoich numerów podczas kręcenia filmów - dodał.