Joanna Jabłczyńska w rozmowie z dziennikarką "Super Expressu" przyznała, że nie miała z Janem Fryczem zbyt wielu wspólnych scen. Podkreśliła też, że była wówczas na tyle młoda, że nie może mówić o prywatnej relacji z aktorem. Mimo to doskonale pamięta, jak wielkim wyróżnieniem była dla niej możliwość pracy u boku tak wybitnego artysty.
Jabłczyńska zaszczycona obecnością Jana Frycza
Nie miałam z panem Janem Fryczem zbyt wielu scen. Przyznaję też, że byłam wtedy w takim wieku, że nie mam jak wspominać prywatnej relacji jako takiej. Natomiast bardzo chciałabym, żeby wybrzmiało, że po pierwsze był to ogromny zaszczyt - i ja już wtedy czułam, że to ogromny zaszczyt. Po drugie chcę powiedzieć, że jako jedna z nielicznych osób miałam dostęp do scenariusza i wiem, co było w scenariuszu, a co zostało stworzone przez tak wybitne postaci jak Danusia Stenka czy Jan Frycz.
Pierwsza filmowa Tośka - Joanna Jabłczyńska - zwróciła uwagę na coś, czego widzowie mogli nie być świadomi. Miała dostęp do scenariusza, dlatego mogła porównać to, co zostało zapisane na papierze, z tym, co ostatecznie pojawiło się na ekranie. Jej zdaniem Jan Frycz wniósł do swojej roli bardzo wiele od siebie.
"Każde słowo i każdy gest były przemyślane"
Nie chodzi o to, że scenariusz był słaby, a mimo to powstało coś kultowego i wybitnego. Scenariusz był bardzo dobry, ale to, jak każde słowo i każdy gest były przemyślane, jak to wypływało z samego Jana Frycza - to była jego inicjatywa, jego pomysł. Mogli to państwo później podziwiać.
Czytaj też: Katarzyna Grochola komentuje brak Jabłczyńskiej w nowym "Nigdy w życiu". A co z postacią Jana Frycza?
Joanna Jabłczyńska podkreśliła, że właśnie dlatego chce dziś zaświadczyć o ogromnym talencie zmarłego aktora. W jej ocenie to Jan Frycz w dużej mierze nadał swojej postaci wyjątkowy charakter, który sprawił, że na długo zapisała się w pamięci widzów.
Chcę po prostu zaświadczyć, że to sam pan Jan stworzył tak wybitną i - mam nadzieję, że dla wielu - kultową postać.