- Dokładnie 21 lat temu polska siatkówka zamarła, gdy Arkadiusz Gołaś, wielki talent, w wieku 24 lat wyruszał po kontrakt życia.
- Jego podróż brutalnie przerwał koszmarny wypadek na autostradzie w Austrii, gasząc marzenia i wstrząsając całym krajem.
- Był fenomenem z niebotycznym zasięgiem ataku. Dowiedz się, jak mimo tragedii jego legenda wciąż inspiruje i dlaczego jego nazwisko jest wiecznie żywe.
Droga po marzenia, która skończyła się tragedią
To miał być najważniejszy dzień w jego karierze. 16 września 2005 roku Arkadiusz Gołaś wraz ze swoją świeżo poślubioną żoną Agnieszką jechał do Włoch. Tam, w słynnym klubie Lube Banca Marche Macerata, czekał na niego kontrakt życia. Miał dołączyć do siatkarskiej elity i stać się gwiazdą światowego formatu. Niestety, los napisał zupełnie inny, tragiczny scenariusz.
Przeczytaj także: Bartłomiej Bołądź i jego żona Joanna. Piękna prawniczka od lat wspiera siatkarza!
Na autostradzie A2 w Austrii, niedaleko Klagenfurtu, doszło do koszmarnego wypadku. Samochód prowadzony przez jego żonę nagle zjechał z drogi i z potężną siłą uderzył w betonową ścianę. Arkadiusz Gołaś, mając zaledwie 24 lata, zginął na miejscu. Jego marzenia, plany i całe życie zostały brutalnie przerwane w jednej chwili.
Skakał do nieba. Nikt nie mógł mu dorównać
Gołaś był talentem czystej wody, siatkarskim fenomenem. Choć mierzył 201 cm wzrostu, jego największym atutem był niebotyczny zasięg w ataku. Potrafił uderzyć piłkę na wysokości aż 365 centymetrów, a niektóre źródła podawały nawet 370 cm! To był pułap absolutnie nieosiągalny dla większości zawodników na świecie.
Zobacz też: Aleks Grozdanow o reprezentacji Polski. Taki jest dla niego Wilfredo Leon, a taki trener Nikola Grbić
Był uczestnikiem Igrzysk Olimpijskich w Atenach, medalistą mistrzostw świata kadetów i wielokrotnym medalistą mistrzostw Polski. Kibice go kochali, a koledzy z boiska podziwiali. Po jego śmierci srebrny medal mistrzostw świata w 2006 roku cała reprezentacja zadedykowała właśnie jemu, wchodząc na podium w koszulkach z jego nazwiskiem i numerem 16. Ten gest pokazał, jak ważną postacią był dla polskiej siatkówki, która nigdy o nim nie zapomni.
