W ostatnich latach dart zyskał tysiące, a może nawet setki tysięcy nowych kibiców nad Wisłą. Ludzie grają więcej, organizują turnieje, powstają nowe miejsca, gdzie można sprawdzić celność rzucanych przez siebie rzutek. Na własnej skórze o popularności darta przekonał się Krzysztof Ratajski, którego udział w ostatnich MŚ bił rekordy oglądalności. Kolejne zawody PDC cieszą się wielkim zainteresowanie, a przez najbliższe lata występy "Polish Eagle" będzie można śledzić w Canal+. I właśnie tam spotkaliśmy się na rozmowę.
Cały wywiad do obejrzenia w wersji wideo.
*
– A skoro spotykamy się w siedzibie CANAL+, gdzie futbolu na antenach nie brakuje, to muszę przyznać, że zaskoczyła mnie informacja, że nie ogląda pan za bardzo piłki nożnej...
– Rzeczywiście, nie oglądam. Akurat trwa Wimbledon, więc śledzę tenis.
– Przeżywa pan występy polskich sportowców? Czy jako zawodowiec podchodzi do tego spokojniej?
– Oczywiście kibicuję Polakom. Wimbledon oglądam właśnie z tego powodu. Gdyby Polacy grali na mundialu, też bym oglądał i trzymał za nich kciuki. Skoro ich tam nie ma, to piłki po prostu nie śledzę.
– Nie męczy pana już stwierdzenie, że dźwiga pan na plecach cały polski dart?
– Już nie, bo nie jestem sam. Mamy zawodników, którzy świetnie radzą sobie w PDC i wygrywają turnieje. Sebastian Białecki ma już zwycięstwo, Radek Szagański również. Polski dart rozwija się bardzo dobrze – zarówno pod względem wyników, jak i liczby zawodników grających w zawodowym tourze.
– Gdyby mógł pan coś zmienić w polskim darcie, co by to było?
– Szczerze mówiąc, w tej chwili dzieje się bardzo dużo dobrego. Powstają akademie dla dzieci, młodzieży i dorosłych. Organizowanych jest mnóstwo turniejów – od największych miast po małe miejscowości. Popularność darta i liczba osób, które aktywnie grają, cały czas rośnie.
– Jest pan najlepszym przykładem, że na zawodowy sukces nigdy nie jest za późno.
– Przez wiele lat grałem amatorsko i odnosiłem sukcesy – zdobywałem mistrzostwa Polski, Europy czy amatorskie Puchary Świata. Zawodowstwo przyszło jednak późno i tego mogę trochę żałować. Dziś młodzi mają znacznie łatwiejszą drogę. Ja zacząłem grać w darta mniej więcej w wieku 22 lat i uważam, że nawet później można zacząć oraz osiągnąć bardzo wiele. Trzeba tylko wybrać odpowiednią ścieżkę rozwoju. Wiek nie jest najważniejszy. Z drugiej strony mamy Luke'a Littlera – ma 19 lat, jest już dwukrotnym mistrzem świata, ale rzuca od drugiego roku życia. Można powiedzieć, że mimo młodego wieku jest już prawdziwym weteranem.
– Co najbardziej zaskoczyło pana na początku tej drogi? Wtedy praktycznie nie było internetu ani transmisji z turniejów.
– W tamtych czasach rzeczywiście nie było żadnych relacji czy materiałów w sieci. Trudno powiedzieć, żeby coś mnie szczególnie zaskoczyło. To była po prostu świetna przygoda i cieszę się, że mogłem przecierać szlaki. Zaczynałem od turniejów amatorskich, później półzawodowych. Federacja WDF daje możliwość gry praktycznie każdemu, natomiast PDC to już absolutna elita – 128 zawodników na świecie. Co roku część z nich traci kartę, a kilka tysięcy graczy walczy o kilkadziesiąt wolnych miejsc.
– Po ostatnich mistrzostwach świata dart przeżył w Polsce prawdziwy boom. Miał pan poczucie, że wreszcie znalazł się tam, gdzie powinien?
– Każdy międzynarodowy sukces zwiększa zainteresowanie dyscypliną. Wiedziałem, że wokół darta zrobiło się głośno, choć podczas turnieju staram się odciąć od mediów społecznościowych i komentarzy. Mistrzostwa świata odbywają się w dobrym terminie, kiedy w sporcie dzieje się trochę mniej, dlatego wiele osób po raz pierwszy trafia na darta. A kiedy już zacznie oglądać, często zostaje przy tej dyscyplinie, bo wbrew pozorom jest ona bardzo dynamiczna.
– Podczas mistrzostw świata w Alexandra Palace zwraca pan uwagę na to, co dzieje się na trybunach?
– Kiedy gram, raczej nie. Oczywiście widzę kibiców, gdy wchodzę na scenę, ale później koncentruję się już wyłącznie na meczu. Nawet gdy odchodzę od tarczy i jestem przodem do publiczności, nie patrzę na trybuny. Skupiam się na sobie. Natomiast kiedy oglądam mecze innych zawodników, bardzo lubię obserwować atmosferę. Kibice są ogromną częścią darta i bez nich nie byłoby tego wyjątkowego klimatu. Cieszę się, że w tym roku Alexandra Palace ma zostać powiększona i na trybunach pojawi się jeszcze więcej fanów.
– A gdyby poszedł pan na mistrzostwa świata jako kibic, za kogo by się pan przebrał?
– Chyba za Mario z gry Mario Bros. Bardzo dobrze kojarzy mi się z dzieciństwem. Jeszcze pamiętam czasy automatów i pierwszego Donkey Konga, gdzie Mario też się pojawiał. To była jedna z pierwszych gier, w jakie grałem.
– Grał pan kiedyś w darta na konsoli?
– Tak, dawno temu. Szczerze mówiąc, nie pamiętam już nawet dokładnie, jak to wyglądało. Ale prawdziwy dart ma tę przewagę, że jest bardzo dostępny. Nie potrzeba drogiego sprzętu ani specjalnego obiektu. Wystarczy tarcza za kilkaset złotych, komplet lotek i niewielkie pomieszczenie. To sport, który można zacząć uprawiać naprawdę niewielkim kosztem.
– Słyszałem, że zdarzało się panu wyjść z żoną do baru i porzucać lotkami. To prawda?
– Raczej nie. Owszem, swoją przygodę z dartem zaczynałem właśnie w barze, ale dziś już po takich miejscach nie chodzę. Jeśli już pojawiam się na tego typu obiektach, to zwykle z okazji turniejów. Coraz częściej są to zresztą specjalistyczne kluby darterskie, których w Polsce powstaje coraz więcej. Ja jednak sporo podróżuję i kiedy wracam do domu, wolę odpocząć albo potrenować u siebie.
– Gdyby musiał pan zmienić utwór, z którym wychodzi pan na scenę, miałby pan jakiś pomysł?
– Szczerze mówiąc, nie przywiązuję do tego dużej wagi. Ważne, żeby to był utwór, który dobrze wpada w ucho i pasuje do mojego charakteru. Obecna piosenka jest spokojna, ale jednocześnie optymistyczna i dobrze ze mną współgra. Gdyby trzeba było ją zmienić, pewnie coś bym wybrał, ale nie mam teraz konkretnego pomysłu.
– Nie zdarza się zanucić jej pod nosem?
– Nie. Nie mam talentu do śpiewania, więc raczej tego nie robię.
– Kilka lat temu przeszedł pan dwie operacje z powodu tętniaków mózgu. Był moment, kiedy myślał pan, że już nigdy nie wróci do gry?
– Tak. Różne myśli pojawiały się w głowie. To było realne zagrożenie życia i wszystko mogło potoczyć się zupełnie inaczej. Na szczęście tętniaki zostały wykryte przypadkiem i udało się szybko zareagować. Jeden był większy i gorzej położony, druga operacja była już prostsza. Jestem wdzięczny losowi, że skończyło się właśnie w taki sposób. Dziś mogę robić to, co kocham, utrzymywać rodzinę i żyć normalnie. Trudno wyobrazić sobie większe szczęście.
– Gdy gra pańska żona Karolina, ogląda pan jej mecze?
– Bardzo to przeżywam, dlatego... praktycznie ich nie oglądam. Śledzę tylko wyniki albo zaglądam co jakiś czas do relacji tekstowych. Zbyt mocno się denerwuję, więc dla własnego zdrowia wolę nie patrzeć.
– A żonie nie jest przykro z tego powodu?
– Nie. Wręcz przeciwnie. Ona nie przepada za tym, kiedy jestem na jej meczach. Woli grać sama, bez dodatkowych emocji. Zwłaszcza na mniejszych turniejach, gdzie doping jednej osoby bardzo się wyróżnia.
– Luke Littler [najlepszy darter na świecie] jest zaledwie o dzień młodszy od Kacpra Tomasiaka. Aż trudno w to uwierzyć.
– Rzeczywiście, nie wiedziałem tego. Littlera pamiętam jeszcze z czasów, gdy miał 14 lat. Od zawsze wyglądał bardzo dojrzale. Wielu ludzi nie może uwierzyć, ile naprawdę ma lat. Sam nieraz spotykałem się z takim zdziwieniem, gdy mówiłem, że przegrałem z osiemnasto- czy dziewiętnastolatkiem.
– Jest dziś do pokonania?
– Oczywiście. Są momenty, kiedy przy bardzo dobrej grze można go pokonać. Problem polega na tym, że w najtrudniejszych chwilach potrafi wejść na jeszcze wyższy poziom i zagrać coś wyjątkowego. Dlatego jest tak groźny. Nie znaczy to jednak, że jest niepokonany. Zdarza mu się przegrywać. Ostatnio w finale turnieju World Series w Stanach Zjednoczonych pokonał go Luke Humphries. W tej chwili to właśnie ci dwaj zawodnicy wyraźnie odstają od reszty stawki.