- To myśmy go wychowali. Siedem lat temu wypadł z gniazda, które znajduje się na posesji sąsiada. Zajmowaliśmy się wtedy hodowlą drobiu, więc mały Gustaw, tak jak kurczątka, siedział pod specjalną lampą grzewczą, a jak już nieco podrósł, zamieszkał w wiklinowym koszu. Zajadał się rybami i kurzymi żołądkami – opowiada Magdalena Olewińska.
U Olewińskich Gustaw mieszkał dwa lata. Potem poczuł bociani instynkt i odleciał do Afryki. - Nie spodziewaliśmy się, że wróci. Aż tu nagle, w niedzielę palmową, patrzę, a on stoi na podwórku. Jak mnie zobaczył, rozłożył skrzydła i ruszył w moją stronę. Popłakałam się z szczęścia – dodaje pani Magda.
Olewińscy prowadza dziś agroturystykę, wiec taki oswojony bocian działa na gości jak magnes. Kiedy przychodzi zmierzch, siada na dachu obory, obserwuje, co robią domownicy i klekoce ze szczęścia.