Na parterze gmachu przy ul. Bankowej 1 w Katowicach stoi grupa uzbrojonych ochroniarzy. Każdy jest sprawdzany. Kiedy już jednak wejdziemy do środka, wszystko stoi przed nami otworem. Niestety, oprócz głównego sejfu...
Liczydło na początek
W gablotach zobaczyć można monety, które NBP dotąd wybił. Złote, srebrne, dekorowane cyrkoniami czy z kawałkami drewna. Każda jest wyjątkowa.
- Kolekcjonerzy za niektóre monety o nominale 2 złotych są gotowi zapłacić nawet 400 razy więcej - wyjaśnia Bartosz Łuczywo z katowickiego NBP. Zasada jest prosta. Im mniej monet danej serii zostało wypuszczonych, tym ich wartość jest większa.
Za gablotami stoi długi stół, a na nim kilkanaście zabytkowych maszyn do liczenia pieniędzy. Pierwsza z nich to zwykłe, drewniane liczydło.
- Tak zaczynano - wyjaśnia Wojciech Sokół, który oprowadza wycieczki. - Dopiero na początku XX wieku pojawiły się bardziej profesjonalne maszyny, ale i tak wszystko było na korbkę - dodaje.
W kolejnym pomieszczeniu trwa lekcja historii. Dzieciaki dowiadują się, jak, kiedy i z czego bito pierwsze monety.
Największa w Polsce
Zwiedzający na własne oczy mogą zobaczyć, jak działa największa w Polsce maszyna do liczenia i sortowania pieniędzy. W ciągu jednego dnia to sprytne urządzenie potrafi przeliczyć ponad 300 tysięcy banknotów. Dla porównania, najlepsi pracownicy banku 10 razy mniej.
Okazuje się jednak, że człowiek jest niezastąpiony. Choć maszyna potrafi sama odrzucić fałszywe lub uszkodzone banknoty i tak przed zniszczeniem musi sprawdzić je bankier.
W otwartej gablocie na pierwszym piętrze leży 12,5-kilogramowa sztaba złota, której wartość szacuje się na 850 tys. zł!
- Każdy może ją wziąć do ręki. No chyba, że nie potrafi jej udźwignąć - uśmiecha się Bartosz Łuczywo. - Najgorszy moment przychodzi, gdy trzeba się z nią rozstać. Jak ktoś ma z tym problem, pomagają mu strażnicy - dodaje z uśmiechem.
Sprasowane setki
Jest jednak coś, co można wynieść z banku. Zawiniątko ze 100 tysiącami złotych czeka na zwycięzcę jednego z konkursów, które przygotował dla zwiedzających bank. Pieniądze są prawdziwe. To stuzłotówki. Mają tylko jedną wadę. Są zmielone.
- Banknoty pochodzą z odrzutu. Musiały trafić do niszczarki, potem zostały sprasowane - mówi Bartosz Łuczywo. - Ale to nie podróbki, choć w sklepie trudno będzie za nie coś kupić. Nawet jeśli ktoś jest mistrzem w układaniu puzzli - żartuje.
Do piątku bank mogą odwiedzać zorganizowane grupy. W sobotę NBP otworzy swe podwoje dla wszystkich.