Małżeństwem z Marcinem cieszyła się tylko dwa tygodnie. - To był wspaniały człowiek. Nigdy nie przeszedł obojętnie obok kogoś, komu działa się krzywda. Moja córeczka uwielbiała go, a on kochał ją jak własne dziecko – opowiada pani Elżbieta. Wraz z Marcinem snuła wspaniałe plany na resztę życia, ale wszystko legło w gruzach 5 grudnia ubiegłego roku. Tego dnia po południu Marcin wyskoczył na chwilę do sklepu i już nie wrócił do domu. Wieczorem jego zmasakrowane ciało ktoś znalazł w bramie przy ul. Piłsudskiego w centrum Siedlec. Zdjęcia z miejskiego monitoringu pozwoliły śledczym ustalić zabójcę. Niestety, 23-letni Lukasz W. zdążył już zniknąć jak kamfora. Po kilku dniach ustalono, że uciekł do Francji, skąd usiłował przedostać się do Anglii, ale przy wsiadaniu na prom wdał się w utarczkę z miejscową policją. Trafił na komisariat, ale szybko odzyskał wolność, bo tamtejsze służby nie miały podstaw prawnych, aby go zatrzymać.
Gdzie jest teraz – nie wiadomo. Bo też i postępowanie w tej sprawie toczy się ślamazarnie. Zarzuty postawiono zabójcy zaocznie, Sąd Rejonowy w Siedlcach również zaocznie nakazał umieszczenie go w tymczasowym areszcie. Ale europejskiego nakazu aresztowania jak nie było tak nie ma. A bez tego Łukasza W. raczej się nie schwyta. - Mam już tego dość, nie potrafię żyć ze świadomością, że on jest na wolności – denerwuje się Elżbieta Kłoś. Jest w piątym miesiącu ciąży i boi się, że tragiczne przeżycia ostatnich dni odbiją się na zdrowiu dziecka, które nosi pod sercem. Ukojenie przynosi jej sen, zwłaszcza że już dwa razy przyśnił jej się Marcin. - Obejmował mnie, mówił, że mnie kocha. Każdego dnia czuję w domu jego obecność...