Tylko w "SE": Giniemy bo każą nam fałszować czujniki

2009-09-22 10:03

Śmierć upomniała się o kolejnego górnika z kopalni "Wujek-Śląsk". Tomasz Kurek (44 l.) zmarł wczoraj w szpitalu w Łęcznej (woj. lubelskie). Miał poparzone 80 proc. ciała i choć lekarze do końca walczyli o jego życie, w końcu wycieńczony organizm poddał się. To już 14 ofiara górniczej katastrofy. Dlaczego zginął?

- Bo na kopalni liczy się zysk, a nie ludzkie życie. Na śmierć nas posyłają, bylebyśmy fedrowali - wyznaje nam górnik z kopalni "Wujek-Śląsk".

Rafał W. (38 l.), sztygar z "Wujka-Śląsk", przerażony śmiercią swoich kolegów, postanowił ujawnić "Super Expressowi", jak wygląda górnicza codzienność. Jego zdaniem lekceważenie zasad bezpieczeństwa jest na porządku dziennym.

- Pracujemy w nieświadomości. Wiele razy zdarzyło się, że na dole wybijało prąd, ale nigdy ani mnie, ani innych ze zmiany nie wycofano. Tak naprawdę nie wiemy, jakie wtedy były stężenia metanu - opowiada górnik.

Czujniki wykrywające metan łatwo oszukać. - Wystarczy postawić taki przy urządzeniu, z którego wydmuchiwane jest powietrze i już wskazania są w porządku. Można także postawić czujnik niżej, bo metan, lżejszy od powietrza, jes u góry - wyjaśnia górnik.

I górnicy fedrują dalej. Nadzór, który powinien takim praktykom zapobiegać, przymyka oczy. - Górnik przodowy ma metanomierz. Może zgłaszać przekroczenie norm, ale i tak go nikt nie wysłucha. Na kopalni ręka rękę myje. Nigdy się nie dowiecie prawdy, jak tam jest. Wszyscy są w układzie. Nadsztygara to czasami nie ma przez miesiąc na dole, siedzi w biurze i pije. Pije z nim specjalista od BHP, a elektroniczną kartę odbije za niego bramowy. Dozoru wyższego po prostu nie ma, a niższy się boi. Zresztą, gdy tylko pojawi się jakiś człowiek z nadzoru, który bardziej zadba o bezpieczeństwo, to zostaje uznany za nadgorliwego i jest odsuwany - ujawnia górnik.

W kopalni liczy się tylko wydobycie. - Trzeba iść na całość, fedrujemy ile wlezie. Może się znowu uda - taka jest zasada - tłumaczy górnik. - O pewnych rzeczach w kopalni nie wie nawet jej dyrektor. Jak trzeba, to mu się podsunie nieprawdziwy raport, a potem załoga na ścianie staje na uszach, żeby wydobyć tyle, ile w raporcie do dyrektora poszło - dodaje górnik.

W dodatku na kopalni kwitnie złodziejstwo i kolesiostwo. Zlecenia dostają firmy znajomych, a sprzęt znika w niewyjaśnionych okolicznościach. - Trudno w to uwierzyć, ale zniknął z kopalni most podsadzkowy. Ważyło to jakieś 200 ton. I nic się z tym dalej nie dzieje. Już o pomniejszych kradzieżach rur czy obudów nie wspominam - twierdzi górnik.

Nasz rozmówca przekonuje, że górnicy nie mają się do kogo zwrócić ze swymi problemami. - Nawet gdybym wziął policjanta za rękę, zaprowadził do biura, do nadsztygara, żeby go zmierzył alkomatem, to co potem? Ja stracę robotę, a nadsztygarowi włos z głowy nie spadnie - tłumaczy górnik.

Tymczasem Prokuratura Okręgowa w Katowicach rozpoczęła śledztwo w sprawie tragedii z ubiegłego piątku.

- Przesłuchujemy pierwszych świadków. Wcześniej zabezpieczyliśmy dokumenty z kopalni i zapisy komputerowe. Najważniejsze będą oględziny miejsca zdarzenia. Przeprowadzimy je, gdy tylko będzie to możliwe. Zapewne także trzeba będzie zasięgnąć u biegłych opinii - wyjaśnia Marta Zawada-Dybek, rzecznik katowickiej Prokuratury Okręgowej.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki