Jaworzno, śląskie: Mój synek umarł, bo nie chcieli mi zrobić cesarki (ZDJĘCIA!)

Malwina Klimczak (25 l.) tak bardzo cieszyła się, że wkrótce zostanie mamą. Nosząc swojego wyczekiwanego synka pod sercem, tylko liczyła dni do porodu.

Z niecierpliwością oczekiwała, kiedy będzie mogła zabrać Alanka na pierwszy spacer, zobaczyć jego pierwszy uśmiech, wsłuchiwać się w jego dziecięce gaworzenie... Niestety, okrutny los napisał zupełnie inny scenariusz. Alanek zmarł krótko po porodzie. Załamana pani Malwina twierdzi, że lekarze ze Szpitala Miejskiego w Jaworznie zbyt długo zwlekali z przeprowadzeniem cesarskiego cięcia.

Nie ma większego bólu dla matki niż strata własnego dziecka. I choć Malwina Klimczak nad maleńkim grobem swojego synka Alanka wylała już morze łez, to wciąż nie może pogodzić się z tragedią, która ją spotkała. - Zamiast go tulić i nosić na rękach, mogę tylko zapalić mu znicz - płacze mama nieżyjącego Alanka.

Patrz też: Szczecin: Tragedia w żłobku. Dziecko zmarło w czasie snu

Pani Malwina trafiła do szpitala w Jaworznie (woj. śląskie) 17 lutego, trzy dni po prognozowanym terminie porodu. Wydawało się, że prawidłowo rozwijające się w łonie matki dziecko bez problemów przyjdzie na świat. Jednak pani Malwina spędzała w szpitalu kolejne dni, a do porodu wciąż nie dochodziło. - Było kilka prób wywołania porodu przez podanie oksytocyny, ale bezskuteczne - opowiada swój dramat pani Malwina. - Im dłużej trwał mój pobyt w szpitalu, tym gorzej się czułam. Zgłaszałam lekarzom, że mam silne bóle brzucha, że czuję skurcze, że Alanek bardzo kopie, nawet do 40 razy w ciągu godziny. W drugim tygodniu po terminie porodu prosiłam o przeprowadzenie cesarskiego cięcia, ale lekarze odmówili wykonania tego zabiegu - mówi smutno mama Alanka.

Dramat rozpoczął się 5 marca, po 19 dniach od prognozowanego terminu porodu. Matce odeszły wody płodowe. Były gęste i cuchnące, w kolorze zgniłej zieleni. Mimo to lekarze dalej zwlekali z cesarskim cięciem. - Znowu podpięto mnie pod kroplówkę. Ponownie odeszły mi wody. Ale dopiero wtedy, gdy Alankowi zaczęło spadać tętno, lekarze zaczęli działać. Dopiero wtedy była cesarka, a mój Alanek urodził się tak słaby, że nawet nie dali mi go przytulić do serca - mówi pani Malwina.

czytaj dalej>>>


Chłopiec urodził się z przegniłą pępowiną, jego paznokcie u rączek i stópek były zazielenione. Maleństwo zostało przewiezione do szpitala w Zabrzu. Tam lekarze próbowali go ratować, ale jego serce, płuca, nerki, a potem także wątroba po kolei odmawiały posłuszeństwa. 21 marca Alanek zmarł.

Patrz też: Lubelskie: Uratowałem syna, bo przeczułem, że umiera

Tymczasem dr Krzysztof W., ordynator oddziału ginekologiczno-położniczego, nie ma sobie nic do zarzucenia. O sprawie nie chciał z nami rozmawiać. - Zrobiłem wszystko jak należy, nic nie poradzę na to, że matka cierpi - rzucił tylko.

Sprawą zajęła się prokuratura w Jaworznie. - Śledztwo jest na początkowym etapie. Przesłuchana została rodzina dziecka, ściągamy teraz dokumentację lekarską, czekamy też na opinię biegłych - mówi Liliana Sobańska, szefowa prokuratury.

Śląska Izba Lekarska także zainteresowała się koszmarną historią pani Malwiny. - Postępowanie prowadzi rzecznik odpowiedzialności zawodowej. Jeśli znajdzie ku temu przesłanki, skieruje sprawę do sądu lekarskiego -potwierdza Katarzyna Strzałkowska (36 l.), rzecznik Izby.

Dr Adam Sandauer (60 l.), Stowarzyszenie Primum Non Nocere:

- Kiedy pacjentka prosiła o cesarskie cięcie, lekarz powinien jej posłuchać. Moim zdaniem matka dziecka powinna wystąpić z pozwem cywilnym przeciw lekarzowi.

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki