Bezpieczne miejsce. Stacja benzynowa w centrum Krakowa z pewnością nim była. Monitoring, mnóstwo ludzi, potencjalni świadkowie. Pedro F. stanął swoją luksusową terenówką na parkingu i czekał. Czy się denerwował? Na pewno. Za chwilę przyjedzie ten drugi. Będą mieli męską rozmowę. Będą mówić o kobiecie... Była godzina 13.30.
Mariusz F. nad ranem odkrył, że jego świat się zawalił. Że żona, którą kochał i której ufał, jest kimś zupełnie innym. Zdradzała go. To nie domysły, w ręku trzymał dowód - telefon, a w nim gorące SMS-y. Nadawca: Pedro.
Mariusz zadzwonił do niego. - Umówmy się, pogadamy - mówił, wkładając za pazuchę zabytkowy pistolet. Kolekcjonerski, ale wciąż sprawny. Zaparkował tuż przy aucie Pedra i wsiadł do jego suva.
Rozmowa się nie kleiła. Zdradzany mąż prosił, by kochanek przerwał ten romans. Ale ten odmówił. Chwilę potem padł pierwszy strzał. W sumie było ich pięć. Mężczyzna przez 10 minut rozstrzeliwał ofiarę. Stara broń była na proch, za każdym razem trzeba było ją ładować. Potem zabójca przeciągnął ciało Pedra na miejsce pasażera i odjechał ze stacji benzynowej. W Mydlnikach spalił terenówkę i znajdujące się w niej zwłoki.
Mariusz F. nie był urodzonym mordercą. Inżynier informatyk bardzo szybko wpadł w ręce policji. Dopiero potem dowiedział się, że zabił ważną personę. Przystojniak był prezesem dużej firmy budowlanej. Śledczym tłumaczył, że strzelił do Pedra, myśląc, że ten sięga po broń. W sądzie, gdzie właśnie ruszył proces mężczyzny, ciężko będzie mu to udowodnić. Właśnie dlatego, że pistolet, którym zabił, wymagał nie lada opanowania, by go naładować.
Portugalczyk Pedro F. miał piękną żonę, trójkę dzieci, w tym dwoje z poprzedniego małżeństwa. Zabiła go słabość do Polek. Żonę Mariusza F. poznał w samolocie. Od razu zawróciła mu w głowie. Na lotnisku wymienili się numerami telefonów i umówili na kawę w Krakowie. Tak rozpoczął się płomienny romans. Wdowa po Portugalczyku żąda teraz od zabójcy 4 milionów złotych odszkodowania i renty na dzieci.