- Wobec takiego bólu jesteśmy bezsilni, ale Bóg dał, Bóg wziął - pocieszał rodzinę w czasie kazania ksiądz proboszcz parafii św. Marcina w Dusznikach (woj. wielkopolskie). Jednak bólu zrozpaczonych rodziców nic nie ukoi. Bo choć z tragicznego pożaru uratowały się aż cztery osoby, to dwie bezbronne małe istoty skonały w płomieniach.
Do tragedii doszło w poniedziałek, w ubiegłym tygodniu. W nocy ogień błyskawicznie objął stojący na obrzeżach Dusznik dom, w którym spali Dawid M. i jego pięcioro dzieci. Ich matka była wtedy w pracy. Mężczyznę wyrwał ze snu rozdzierający krzyk chłopców z pokoju obok. Wyprowadził z domu dwie córeczki, które spały z nim w jednym pokoju i rzucił się na ratunek synom. Zatrzymała go ściana ognia, a po chwili zawalił się strop, odcinając chłopcom drogę ucieczki. Tylko 6-letniemu Maurycemu udało się uciec przez okno tarasowe. Marcel i Maks spłonęli żywcem.
Nazajutrz ruszyła pomoc dla pogorzelców. Znalazła się już nawet działka pod budowę nowego domu, a pieniądze dla państwa M. zbiera gmina. - Tego starego, który z resztą nie był ich, nie da się już odremontować - mówi Maciej Tepper, zastępca kierownika Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej w Dusznikach, który koordynuje akcją pomocową. Liczy się każdy grosz, bo trzeba pomóc także Maurycemu (7 l.), który trafił do szczecińskiego szpitala z rozległymi poparzeniami. Chłopiec przeszedł już przeszczep skóry, ale przed nim jeszcze długa walka o zdrowie, między innymi kosztowna rehabilitacja.
Zobacz: Tragedia w Dusznikach. Rodzeństwo spłonęło na oczach ojca