Premierowe odcinki serialu dokumentalnego „Sekundy, które zmieniły życie” można było oglądać na antenie telewizyjnej Jedynki w czwartkowe wieczory. Każdy z nich pokazywał historię bohatera, którego życie odmieniło się w ciągu jednej chwili. Serial miał być nie tylko przestrogą dla innych, ale także poruszającą, niepozbawioną jednak optymizmu opowieścią o harcie ducha i pokonywaniu życiowych zakrętów.
Przez trzy miesiące widzowie telewizyjnej Jedynki poznawali dramatyczne losy 12 bohaterów „Sekund, które zmieniły życie”. Wśród nich był Artur, Dominik i Wojtek. Mimo ograniczeń spowodowanych niepełnosprawnością starają się żyć pełnią życia. Otoczeni miłością najbliższych walczą o powrót do zdrowia. I chociaż ze skutkami dramatycznych wydarzeń sprzed lat pewnie będą borykać się przez całe życie, pokazują nam wszystkim, że to życie ma sens.
Po schodach na rowerze
Artur, wówczas 21-letni chłopak, jechał rowerem podrzucić coś koledze. Po drodze była skarpa. Powinien zejść z roweru i znieść go po schodach, ale nie chciało mu się. Świetnie jeździł, więc co mu się mogło stać? Nie wiedział jednak, że na dole górki jest mur. Zobaczył go w ostatniej chwili. Z całej siły nacisnął na hamulec. Zrobił salto i upadł na plecy. Gdy otworzył oczy, leżał na trawie. Był świadomy, ale nic nie czuł poniżej szyi. Podszedł do niego ktoś, kto widział zajście z balkonu pobliskiego bloku. To ta osoba zadzwoniła na pogotowie. Artur przeszedł skomplikowaną operację. Okazało się jednak, że podczas wypadku doszło do zmiażdżenia dwóch krążków międzykręgowych na odcinku szyjnym. W praktyce oznaczało to paraliż od szyi w dół.
Przed wypadkiem Artur miał dziewczynę, Anię. Ania z nim została, mimo świadomości, że jej chłopak już przez całe życie będzie wymagał całodobowej opieki. Dziś są małżeństwem, mają niespełna roczną córeczkę, Hanię.
Kiedyś Artur pracował jako analityk internetowy. Obecnie szuka nowej pracy. Jest wideoblogerem i podróżnikiem. Mówi, że każdy człowiek jest w stanie dostosować się do nowych, nawet najtrudniejszych warunków. Najważniejsze to się nie załamywać i odnaleźć kierunek na drodze, którą wyznacza życie. W 2016 r. razem z żoną Anną wybrał się w TetroTrip, czyli podróż po 12 krajach Europy.
Gdyby nie młodzieńcza niefrasobliwość życie Artura i jego rodziny wyglądałoby dziś zupełnie inaczej. Ale mimo tragicznego w skutkach wypadku z historii Artura przebija się jednak optymizm. Dziś jest spełnionym mężem i ojcem, a jego nazwisko znalazło się nawet na Liście mocy – 100 najbardziej wpływowych Polek i Polaków z niepełnosprawnością.
Tragiczne skutki zabawy zapałkami
Mama dziewięcioletniego Dominika tylko na chwilę wyszła z kuchni. To wystarczyło, by chłopiec zdążył wspiąć się i wyjąć zapałki z górnej, trudno dostępnej szafki. Małą paczuszkę pokazał siostrze, o rok młodszej Klarze. Dzieci pobiegły razem na poddasze. Dominik zapalał zapałkę po zapałce, aż w pewnym momencie iskra upadła na jego koszulkę. Chwilę później Dominik płonął jak pochodnia. Klara zaczęła krzyczeć i zbiegła po schodach, a za nią pobiegł Dominik. Mama chwyciła płonącego chłopca, ugasiła ogień i szybko wstawiła Dominika pod prysznic, by schłodzić poparzoną skórę. Dominik trafił do szpitala dziecięcego w Krakowie-Prokocimiu.
Okazało się, że ma poparzone 35 proc. ciała. Lekarze robili, co mogli, ale przeszczepy z własnej skóry chłopca się nie przyjęły. Ciało pokryło się grubymi bliznami. Szyja, podbródek, klatka piersiowa, prawy bok, pachy, część pleców, cała prawa ręka były jak zastygła lawa. Wielka plama bliznowca, zrostów i przerostów skóry, które wraz z wiekiem się nie rozciągają. Chłopiec rośnie, ale powierzchnia skóry się nie zmienia. Nie mogą więc rosnąć ani płuca, ani serce ukryte w skurczonej klatce piersiowej. Lekarze w Polsce są bezradni.
Mama Dominika nie poddała się. Zaczęła szukać pomocy za granicą. Znalazła Children’s Burn Foundation, która obiecała sfinansować leczenie Dominika w Ameryce. Plan operacji zakłada, że mają się one odbywać do 21. roku życia chłopca. W czerwcu Dominik przeszedł jeden z zabiegów w Chicago. Polegał na wszczepieniu specjalnych „baniek” z solą fizjologiczną pod skórę i rozciąganiu tkanek. Zabieg ma na celu zastąpienie bliznowca zdrową tkanką. Kolejna operacja planowana jest na koniec września, a trzecia, na którą wciąż zbierają fundusze – 46 tys. dolarów – powinna odbyć się najpóźniej w listopadzie.To była chwila, kilka sekund dziecięcej zabawy, które tak dotkliwie zmieniły życie Dominika i jego rodziny.
Ty też możesz pomóc Dominikowi: www.siepomaga.pl/ratujemydominika
Skok na główkę
Wojtek od najmłodszych lat uwielbiał pływać. Był ratownikiem WOPR, który doskonale wiedział, jak należy się zachować nad wodą. Tylko raz zapomniał o zasadach bezpieczeństwa. I to był ten jeden raz za dużo.
W trakcie imprezy ze znajomymi nad brzegiem jeziora postanowił trochę popływać. Niestety, wcześniej wypił alkohol. Chłopak wypłynął na jezioro i chciał przeskoczyć „delfinowym” skokiem poza bojki. Niestety w coś uderzył. Wypłynął na powierzchnię, machając rękoma, ale nóg już nie czuł. Pół roku spędził w szpitalach. Ma porażenie czterokończynowe. Wojtek zawsze był aktywny – pływał, zajmował się kolarstwem, skończył szkołę sportową. Jego pasją była też muzyka. Przez 13 lat grał na trąbce w Orkiestrze Dętej Katowice i w chorzowskim Brass Bandzie. Na razie nie może jednak grać - ma problem z oddychaniem przeponą i niewładną dłoń.
Badania wykazują, że Wojtek ma czucie w nogach. Oznacza to, że przewodzenie nerwowe nie zostało przerwane, co daje mu nadzieję na odzyskanie choć części sprawności i motywację do walki. Codziennie kilka godzin spędza w prywatnej klinice. Marzy też o zakupie aktywnego wózka, na którym mógłby uprawiać sport dla niepełnosprawnych. To wszystko jest bardzo kosztowne, dlatego Wojtek prowadzi zbiórki środków na ten cel. Pomaga mu tata, który zrezygnował z pracy, by zająć się synem.
Ty także możesz pomóc Wojtkowi: www.siepomaga.pl/wojtek-marcinkowski
i