- Moja kruszyna, mój malutki. Nie utulę go już... - rozpacza Krystyna Sobczak (57 l.) z Miszorów k. Sochaczewa (woj. mazowieckie). Straciła swojego najmłodszego synka.
Było popołudnie, kiedy nagle zniknął. Zaniepokojona rodzina zaczęła go szukać. O godzinie 20 na tyłach domu znalazła go Sylwia, starsza siostra. Wątłe ciałko Marcinka wisiało na drewnianym stropie.
Łzy i strach
Kilka dni wcześniej Marcin, uczeń drugiej klasy gimnazjum w Lasocinie, wrócił ze szkoły zapłakany i przestraszony. Niechętnie się skarżył, dlatego nie chciał nic powiedzieć.
- Myślałam, że o oceny chodzi, bo groziły mu dwie jedynki - opowiada pani Krystyna.
- Ktoś mnie popchnął - Marcin w końcu wyznał i pokazał mamie ogromnego siniaka na żebrach.
- Chciałam, żeby się uspokoił. Pozwoliłam mu nie iść do szkoły. Potem wydawało mi się, że wszystko jest już w porządku, bo nic nie mówił - płacze matka. Dręczą ją pytania, czy mogła zrobić coś więcej, by zapobiec tej potwornej tragedii...
Był taki nieśmiały
Opowiada, że jej Marcinek był takim spokojnym i uczynnym chłopcem. Węgla zawsze naniósł, chorej sąsiadce zakupy robił.
- Jedyny problem był z jego mową. Bardzo się jąkał. Trudno mu było się wysłowić. Dlatego był taki nieśmiały - pani Krystyna ociera łzy.
- Prosiłam nauczycielki, żeby go na przerwie, nie przy dzieciach, pytały - dodaje.
Ale i tak okrutne dzieciaki nie dawały mu spokoju. Naśmiewały się z jego jąkania, przezywały, namolnie wytykały palcami.
- Tak było - przyznają teraz dzieci.
Marcinek nie żalił się nikomu. Jak bardzo musiał cierpieć! Dusił w sobie potężny strach, bał się chodzić do szkoły. Bo w niej nic dobrego go nie spotykało. Przeżywał tam same upokorzenia. Był cichy i spokojny. Wątły i bardzo wrażliwy. Dlatego rozwydrzona dzieciarnia zrobiła sobie z niego pośmiewisko. Wiedzieli, że bezkarnie mogą dopiekać mu do żywego. Nie pozwolili więc mu spokojnie się uczyć, spokojnie żyć.
W szkole to normalne
- To normalne. W szkole chłopcy się biją, popychają. Tego nie da się wyplenić - mówi Sławomir Przanowski, dyrektor gimnazjum.
Kiedy skwapliwie zapewniał, że w szkole wszystko jest pod kontrolą, z korytarza dochodziły dzikie krzyki gimnazjalistów.
- Co tam się musiało dziać, że ta moja kruszyna to zrobiła?! - rozpacza matka Marcinka. I dodaje przez łzy: - Moje dzieciątko jest już w niebie...