Upadek czerwonej księżniczki! Tak kończy się wielka kariera Ariadny Gierek

2014-01-20 3:00

Była genialną okulistką, ciągnęły do niej tłumy pacjentów, cieszyła się uznaniem kolegów. Niestety, koniec kariery nie jest już tak piękny - została obciążona zarzutami o korupcję, odebrano jej prawo wykonywania zawodu. Najbardziej zabolało ją jedno, a mianowicie to, że pisano o niej Ariadna G.Ł. - Nazywam się Gierek - powtarzała i tłumaczyła, że ciężko zapracowała na nazwisko.

Niestety, prawdopodobnie jeszcze nieraz była synowa I sekretarza PZPR Edwarda Gierka (†88 l.) przeczyta o sobie jako o Ariadnie G.Ł. Katowicka prokuratura nie pogodziła się bowiem z tym, że była lekarka została oczyszczona przez sąd z zarzutów o korupcję. Jak już pisaliśmy, prokuratorzy przygotowują apelację od wyroku sądu, który uznał, że koperta z pieniędzmi to nie łapówka.

Jej upadek zaczął się od wywiadu dla "Tygodnika Podhalańskiego". Dziennikarz próbował ustalić, skąd prof. Gierek i jej mąż Tadeusz Łapiński mają pieniądze na zakup udziałów w hotelu w Zakopanem, i z ekipą telewizyjną telewizji pojechał do szpitala. Zaczął od pytań na temat sukcesów szpitala, ale zapytał też: "Czy pani jest osobą bogatą?". I dalej: "Czy wzięła pani kiedykolwiek łapówkę od przedstawiciela firmy farmaceutycznej?", "Czy cierpi pani na chorobę alkoholową?". To wyprowadziło ją z równowagi. Sięgnęła do torebki i wyjęła z niej koronkowe figi, zaczął plątać jej się język. Dziennikarz zadzwonił po policję. Badanie alkomatem wykazało u prof. Gierek 0,87 promila alkoholu.

Wkrótce po tym zwolniono ją ze stanowiska dyrektora szpitala w Katowicach, który powstał dzięki jej wysiłkom. Dodatkowo Śląska Izba Lekarska odebrała jej prawo wykonywania zawodu. A prokuratura pracowała nad aktem oskarżenia. Zarzucano jej, że przyjmowała łapówki od austriackiej firmy farmaceutycznej.

Była sława polskiej okulistyki musi to mocno przeżywać. Pamięta przecież czasy, kiedy Polacy opowiadali sobie, że mieszka w różowych marmurach spawanych srebrem, że adoptował ją Breżniew i że na kreacje wydaje majątek. Ma nutrie, norki, rysie, oceloty, lisy białe i szynszyle. To akurat jest w części prawda. Gierkowa bardzo lubiła futra. Kiedyś przyszła na zebranie lekarzy w pełnym makijażu, ubrana w futro. Gdy jeden z kolegów zaproponował, że odniesie futro do szatni, zaprotestowała. "To futro nie jest po to, żeby wisiało w szatni. Ono służy do zupełnie czegoś innego. Patrz i ucz się" - odpowiedziała Ariadna Gierek.

Kiedy zebranie się zaczynało, okrążyła stół konferencyjny i niedbale rzuciła futro na krzesło. Wszyscy patrzyli tylko na nią. To jedna z licznych anegdot opisanych w książce "Czerwona księżniczka".

Taka była. I taką ją wciąż wielu pamięta. Elegancką, pachnącą synową I sekretarza. Była zdolna, wytrwała, pracowita i miała otwartą głowę na nowinki - te ze świata nauki i te z wystaw w Wiedniu, Paryżu. Zawsze coś podpatrzyła na świecie i potem próbowała to zrobić u nas. Nie miała diamentowych noży do operacji, to namówiła do produkcji podobnych fabrykę żyletek. Nie miała eleganckiej sukni na spotkanie z Indirą Gandhi, więc uszyła ją z dwóch szali. W życiu osiągnęła wiele, ale pomogło jej też nazwisko Gierek. Sama to wielokroć przyznawała. I nie pozbyła się go, kiedy w latach 80. rozpadło się jej małżeństwo.

Według "Czerwonej księżniczki" Adam Gierek (76 l.) odszedł z inną, a Ariadna miała romans z mężem koleżanki ze szpitala. Ale nie tylko z nim, więc zazdrosny kochanek próbuje ją zastrzelić. Koledzy w klinice potajemnie zaszywają ranę. O jej romansach, o jej życiu plotkowali wszyscy. Barwne życie nie zaszkodziło jej lekarskiej sławie. Mimo że od lat nie praktykuje, mimo oskarżeń o alkoholizm i korupcję ludzie wciąż pytają w Internecie: kto wie, gdzie przyjmuje prof. Gierek-Łapińska?

Zobacz też: Stanisława Gierek: jaka była pierwsza dama PRL?

Player otwiera się w nowej karcie przeglądarki