Nie mieli najmniejszych szans na przeżycie. - Boże, za kogo będą mnie miały ich rodziny? Dlaczego to trafiło na mnie? - mówił na miejscy wypadku zszokowany kierowca ciężarówki, z którą zderzył się dostawczak.
Godzina 6.15 rano. Ulicą Pułaskiego jedzie bordowy mercedes vito. W nim dwaj męzczyźni spod Węgrowa Krzysztof B. (43 l.) i Dariusz B. (17 l.) oraz ich znajomy - 17-latek z woj. warmińsko-mazurskiego. Wszyscy jadą do pracy na budowie pod Piasecznem. Nagle, nie wiadomo dlaczego, kierowca skręca na przeciwległy pas ulicy. Z naprzeciwka jedzie zaś ogromna scania z naczepą. Kierowca nie ma najmniejszych szans na ominięcie pędzącego busu.
Dwa samochody zderzają się. Słychać potworny huk, zgrzyt skręcanej blachy i brzęk tłuczonego szkła. Po chwili na miejscu jest już straż pożarna i pogotowie ratunkowe. Lekarze nie mają tu jednak nic do roboty. Pasażerowie mercedesa nie żyją. Dwaj siedzący z przodu zostają zmiażdżeni przez maskę, ten siedzący z tyłu wypada z samochodu. Kierowca scanii wychodzi z wypadku bez szwanku, ale jest w potwornym szoku.
- Jak ja spojrzę w oczy rodzinom tych ludzi? - łkał mężczyzna. Wszystko jednak wskazuje na to, że w żaden sposób nie zawinił. To kierujący dostawczym mercedesem 43-latek nagle zjechał wprost pod tira. Na razie nie wiadomo, czy zasłabł, czy zawiodło auto. Wyjaśni to dopiero policyjne śledztwo.