Kontrolerzy Międzynarodowej Federacji Samochodowej (FIA) wkroczyli do siedziby McLarena w Woking, żeby z bliska przyjrzeć się bolidowi szykowanemu na następny sezon. Chcą sprawdzić, czy aby na pewno brytyjscy konstruktorzy nie posiłkowali się przy jego budowie materiałami wyniesionymi z centrali Ferrari.
Niezależni eksperci podczas inspekcji zebrali dokumentację, zbadali twarde dyski komputerów i wykonane projekty. Wszystko zabrali ze sobą do dalszej analizy. FIA chce się upewnić, czy detale auta Lewisa Hamiltona i spółki na 2008 rok nie przypominają przypadkiem w czymś Ferrari.
- Ewentualna kara nie musi wcale oznaczać wykluczenia McLarena z rywalizacji w przyszłym sezonie - zastrzega jednak w wywiadzie dla BBC prezydent FIA Max Mosley. - Prędzej odejmiemy zespołowi punkty na starcie Grand Prix.
Niewykluczone, że gdyby zarzuty się potwierdziły, sprawiedliwości nie umknie szef McLarena, Ron Dennis. Uniknął odpowiedzialności osobistej po tym, jak zespół zapłacił 100 mln dolarów kary. Przekonywał, że afera szpiegowska to efekt działania tylko jednego nielojalnego pracownika, inżyniera Mike'a Coughlana. Tym razem może się skończyć odejściem Dennisa z F1, tym bardziej że wedle zgromadzonych dowodów był jednym z co najmniej sześciu ludzi McLarena zamieszanych w aferę szpiegowską.
- Dane Ferrari na pewno były w rękach Coughlana w czasie, gdy trwały prace nad bolidem na 2008 rok - ocenia Mosley. - Trudność naszego dochodzenia polega na tym, że musimy szukać nie skopiowanych dokładnie części, ale raczej pomysłów konkurencji, które inżynier mógł wykorzystać w swojej pracy.