"Dosłownie topię śnieg w garnkach, żeby mieć co pić. Nigdy nie sądziłam, że coś takiego może wydarzyć się w Teksasie", "Nie wiedziałem, że moje umiejętności survivalowe przydadzą się we własnym domu" - od takich wpisów roi się teraz w mediach społecznościowych. Mieszkańcy Teksasu, amerykańskiego stanu najbardziej dotkniętego przez zimowy kataklizm znaleźli się w sytuacji jak z katastroficznego filmu. Kolejny tydzień pada śnieg i ścina tęgi mróz, dochodzący nawet do -40 stopni Celsjusza. Stan jest sparaliżowany, pojawiły się problemy z dostępem do jedzenia i wody pitnej. Dotyczy do 14 milionów ludzi! Mrozy spowodowały gigantyczne awarie sieci elektrycznej, a to pozbawiło wiele osób ogrzewania, co więcej, dotknęło oczyszczalnie wody, do tego dochodzą popękane od niskich temperatur rury. To wystarczyło, by doszło do prawdziwej humanitarnej katastrofy.
NIE PRZEGAP: Przebrał się za LEKARZA i wszedł na oddział covidowy odwiedzić ojca. To, co zobaczył, złamało mu serce
W dodatku władze apelują o nie odkręcanie kranów, by oszczędzać resztki wody dla służb ratunkowych i szpitali. Odcięci od dostaw czegokolwiek mieszkańcy radzą sobie, jak mogą. Z braku opału niektórzy rąbią własne meble, żeby dołożyć do ognia. Potwierdzono już śmierć 58 ludzi. Niektórzy zmarli we własnych domach lub tuż obok, Wśród ofiar jest 11-latek, który nie przetrwał nocy w nieogrzewanej przyczepie. Jak to możliwe, że do tego wszystkiego doszło w środku cywilizowanego świata? Wychodzą na jaw kompromitujace dla władz stanowych fakty. Już dziesięć lat temu władze federalne ostrzegały przed potencjalnie katastrofalnymi skutkami silnych mrozów dla teksańskich elektrowni, przed nadejściem zimy stulecia meteorolodzy mówili o nadciągająym zagrożeniu włodarzom stanu, ale nikt w żaden sposób nie przygotował się na ten armaggeddon.