Roman Kołmykow zginął 16 marca 2022 roku podczas obrony Mariupola. Miał zaledwie dwadzieścia lat. Opowieść matki otwiera karty życia jej syna, które stają się częścią współczesnej historii Ukrainy, historii tworzonej przez ludzi, którzy swoimi czynami i poświęceniem walczą o przyszłość dla następnych pokoleń.
Świadectwo Wiktorii, mamy Romana:
Zawsze mówię o moim synu i powtarzałam mu przez całe życie, że jestem bardzo wdzięczna, że wybrał mnie na swoją matkę. Jest dla mnie nauczycielem. Dziś nieustannie dziękuję mojemu synowi za to, że pokazał mi, czym jest godność, honor, zasady i szacunek do samego siebie. To właśnie one czynią nas prawdziwymi ludźmi. Każdy, kto oddał życie za Ukrainę, bronił przede wszystkim swojej rodziny, swojej ziemi, pamięci o przodkach i wszystkiego, co było mu najdroższe. Dlatego każdy poległy obrońca jest dla mnie tak ważny jak mój syn. Z szacunkiem i wdzięcznością noszę pamięć o każdym z nich. Tak jak noszę pamięć o Romanie. Wiem, że Roman właśnie tego by chciał.
Wyboru dokonał dawno temu
Zanim wstąpił do wojska, mój syn bardzo interesował się historią. Gdzieś w dziewiątej klasie powiedział mi, że pójdzie na studia, ale przede wszystkim pójdzie bronić Ojczyzny. Przygotowywał się do tego zarówno duchowo, jak i fizycznie. Często powtarzał: "Mamo, w naszym kraju jest wojna. Dlaczego ludzie żyją tak spokojnie?". Bolało go to, że wojna, która trwała od 2014 roku, stała się dla wielu codziennością. Po jedenastej klasie poszedł na politechnikę, ale zaraz potem zgłosił do Brygady Azow. Został natychmiast wysłany do służby w Mariupolu, gdzie już trwały walki. Po raz pierwszy wziął w nich udział w 2021 r.
Kiedy został wybrany do brygady Azow, bardzo go zniechęcałam. A on spojrzał mi głęboko w oczy i powiedział: "Jesteś moją matką. Nie rozumiem, jak możesz nie rozumieć mojego wyboru". Kiedy rozpoczęła się pełna inwazja, powiedział: "Mamo, nadszedł nasz czas". Gdy mu powiedziałam: "Romczyku, będziesz dokładnie tam, gdzie cię mogą zabić", podszedł do mnie i powiedział: "Będziesz matką Bohatera". A zaraz potem: "Mamo, rozumiesz, gdzie jestem. Musisz być gotowa na wszystko".
"Widzisz, synu, nie płaczę"
A kiedy mój syn zginął w tych piekielnych walkach ulicznych w Mariupolu, szukałam jego ciała przez siedem miesięcy. Kiedy odnalazłam syna, pochowałam go jak wojownika. Zabroniłam komukolwiek wygłaszania przemówienia na pogrzebie. Zamiast tego napisałam dla niego wiersz. Bardzo nie lubił, kiedy płakałam. Napisałam więc: "Widzisz, synu, nie płaczę. Dumnie unoszę głowę. Widzisz, synu, nie płaczę. Będę jak ze stali". Obiecałam, że nie będę się nad sobą użalała. Będę za to z dumą go wspominać. Mój syn nie wszedł na cudze terytorium i nikomu niczego nie zabrał. Bronił swojej ziemi. Gdy zadzwonił do mnie z Mariupola powiedział: "Mamo, cieszę się, że tu jestem. Że jestem tam, gdzie mnie potrzebują, gdzie powinienem być. Ale, mamo, proszę, pomóż ludziom, którzy wracają z Mariupola. Nie możesz sobie nawet wyobrazić, przez co oni tu przechodzą".
Mój syn i jego towarzysze broni przekroczyli granicę, za którą jest śmierć i nieludzkie cierpienia. A pozostali prawdziwymi ludźmi. Nie stracili empatii, współczucia i troski o siebie nawzajem. Mój syn zmarł 16 marca 2022 roku. Wtedy nie było prawie żadnych doniesień o stratach. Dowiedzieliśmy się o tym dopiero od znajomych 6 kwietnia, gdy byłam z córką we Włoszech. Kiedy na stronie internetowej prezydenta opublikowano dekret o nadaniu odznaczeń wojskowych. Wśród odznaczonych pośmiertnie był Roman.
Podróż do Włoch
W pierwszych dniach inwazji wraz z córką Ariną pojechałyśmy na zaproszenie znajomych autobusem do Włoch. Spotkaliśmy ludzi innej narodowości, ale o niezwykle wielkich sercach. Nigdy nie zapomnę, jak mieszkańcy Vidiciatico przynosili nam bukiety żółtych i niebieskich róż. Gdy okazało się, że Roman zginął, obcy ludzie podchodzili do mnie, obejmowali mnie i mówili: "Przytulam twoje matczyne serce. Jesteś Matką Bożą".
W Wielkanoc poszliśmy do kościoła. Ksiądz powiedział parafianom podczas kazania: "Jestem z was bardzo dumny. Pokazaliście, jakimi jesteście ludźmi, jak wspieracie ukraińską matkę i swoją dobrocią pomagacie uleczyć jej złamane matczyne serce". Zanim wyruszyliśmy z powrotem na Ukrainę Włosi pytali nas: "Wasz syn, mając dwadzieścia lat, oddał życie za Ukrainę? Moje życie jest najcenniejsze, co mam. Jak możecie je za coś oddać? Jaki on był? Po co żył?". Wtedy po raz pierwszy zdałam sobie sprawę, że takim ludziom trzeba o tym mówić.
Być godną tytułu matki Bohatera
Pochowaliśmy Romana 14 października 2022 roku, w Dniu Obrońców Ukrainy. Wtedy, na pogrzebie, obiecałam synowi, że będę godna tytułu matki Bohatera. Potem zaczęłam szukać tych, którzy zginęli obok mojego syna. Kiedy zaproszono mnie do lokalnego muzeum historycznego, abym udostępniła materiały o Romanie, odpowiedziałam: "Nie. Nie może być tak, że zostanie tu tylko mój syn. Odnajdę wszystkich obrońców Mariupola z Winnicy, a potem otworzymy wspólną wystawę". Tak zaczęłam poznawać rodziny zmarłych. Zaczęłam zbierać ich wspomnienia. Razem uczyliśmy się, jak nie przekształcać bólu w autodestrukcję, agresję czy rozpacz, ale w światło, pamięć i słuszną sprawę.
Dusza w mieście Maryi
Tak poznałam wiele matek i zrodził się pomysł na tę książkę "Dusza w Mieście Maryi", czyli w Mariupolu. Chciałam pokazać, na jakich wartościach ukształtowali się ci Bohaterowie. Jacy byli w dzieciństwie, o czym marzyli, co ukształtowało ich charakter. Prawie wszyscy chłopcy, o których piszę, stanęli w obronie Ukrainy na długo przed inwazją na pełną skalę. Chciałam zostawić po nich żywą pamięć i pokazać, dlaczego świadomie wybrali tę drogę. W książce zwracam się do Matki Bożej, od której pochodzi nazwa miasta Mariupol. Pytam, czy płacze, patrząc na swoje miasto, na jego ruiny i na dzieci, które tam zginęły. Czy w XXI wieku, kiedy ludzkie życie jest uznawane za najwyższą wartość, można podbijać obce ziemie, zabijać dzieci?
Switłana DuchowyczPiotr Kowalczuk (Vatican News)