Wstrząsające informacje napływają z USA po sobotniej (25 kwietnia) strzelaninie podczas prestiżowej gali Stowarzyszenia Korespondentów Białego Domu w hotelu Hilton w Waszyngtonie. Jak podała stacja CBS, powołując się na dwa źródła, sprawca po zatrzymaniu miał wyznać, że jego celem byli członkowie administracji prezydenta Donalda Trumpa.
Podejrzanym jest 31-letni Cole Tomas Allen z Torrance w Kalifornii. Jak ustalił „Los Angeles Times”, mężczyzna jest zarejestrowany jako wyborca niezależny. Ukończył inżynierię mechaniczną na renomowanej politechnice CalTech, a następnie studiował informatykę na Cal State Dominguez Hills.
To jednak nie wszystko. Jeszcze w grudniu 2024 roku Allen został wyróżniony tytułem „nauczyciela miesiąca” w firmie zajmującej się korepetycjami, doradztwem edukacyjnym i przygotowaniem kandydatów do egzaminów na studia. Nic nie wskazywało na to, że jego nazwisko znajdzie się na czołówkach światowych mediów w tak dramatycznych okolicznościach.
Policja ustaliła, że Allen wynajął pokój w hotelu Hilton — dokładnie tam, gdzie odbywała się gala z udziałem Donalda Trumpa, członków jego administracji oraz setek dziennikarzy i polityków. To tam doszło do ataku.
Prokurator USA w Dystrykcie Kolumbii Jeanine Pirro poinformowała, że napastnik usłyszy dwa poważne zarzuty: użycia broni palnej podczas popełnienia przestępstwa z użyciem przemocy oraz napaści na funkcjonariusza federalnego z użyciem niebezpiecznej broni - przekazała BBC.
Pirro nie miała wątpliwości co do intencji zatrzymanego.
Na podstawie tego, co na razie wiemy, jasne jest, że ten człowiek miał zamiar wyrządzić jak najwięcej krzywdy i szkód - podkreśliła.
Dodała również, że tragedii na ogromną skalę udało się uniknąć wyłącznie dzięki procedurom bezpieczeństwa. To właśnie kontrola przy wejściu i błyskawiczna reakcja służb sprawiły, że Allen nie dotarł do sali balowej, gdzie przebywał Donald Trump, jego najbliżsi współpracownicy oraz setki gości.
Nagrania z monitoringu, opublikowane później przez Trumpa w serwisie Truth Social, pokazują moment, gdy napastnik przebiega przez punkt kontroli bezpieczeństwa, a chwilę później ruszają za nim funkcjonariusze. Kilka sekund zdecydowało o wszystkim.