Właściciele szwajcarskiego baru w kurorcie, w którym w sylwestrowym pożarze zginęło 40 osób, obwiniają jedną z kelnerek za tragedię
„To nie my, to inni” - jak donosi francuski dziennik Le Parisien, tak mają powtarzać prokuratorom właściciele szwajcarskiego baru Le Constellation w Crans-Montana, gdzie w sylwestrowym pożarze zginęło 40 osób. 49-letni Jacques Moretti i jego 40-letnia żona Jessica Moretti przekonują, że gdyby nie nieodpowiedzialne zachowanie 24-letniej kelnerki Cyane Panine, która tej samej nocy zginęła wraz z licznymi gośćmi lokalu, nic by się nie stało. To ona przyłożyła do sufitu butelkę z fajerwerkami. Trzeba jednak pamiętać, że sufit był łatwopalny, a wyjście ewakuacyjne według świadków niezwykle wąskie. Para Francuzów oskarżona jest o nieumyślne spowodowanie śmierci i obrażeń, a także wzniecenie pożaru wynikające z zaniedbania. Jacques Moretti powiedział prokuratorom, że Panine w kasku motocyklowym na głowie wdrapała się na ramiona współpracownika, trzymając dwie butelki szampana z zapalonymi fajerwerkami, zwanymi „magicznymi fontannami”.
ZOBACZ TEŻ: "Twarze były całkowicie spalone". Filmy ze środka baru, szokujące relacje świadków
"Nie poinformowałem jej o żadnych zasadach bezpieczeństwa. Nie widzieliśmy zagrożenia"
„Nie zabroniłem jej tego” – przyznał. „Nie poinformowałem jej o żadnych zasadach bezpieczeństwa. Nie widzieliśmy zagrożenia. Cyane lubiła to robić. To był pokaz, uwielbiała występować” - przyznał właściciel. „Gdybym pomyślała o najmniejszym ryzyku, zabroniłabym jej tego” – powiedziała. „Przez 10 lat prowadzenia firmy nigdy nie sądziłam, że może grozić jej jakiekolwiek niebezpieczeństwo” - dodaje równie odpowiedzialna żona. Tymczasem cytowana przez Le Parisien matka kelnerki, Astrid Panine powiedziała, że jej córka „ufała ludziom bez cienia wątpliwości. Zapłaciła za to najwyższą cenę, życiem”.„Pracownicy mają kilka zmian i może zapomniałem przekazać tę informację… Może zapomniałem” – w szokujących słowach odpowiadał Moretti na pytania o tym, czy w jakiś sposób instruował pracowników w kwestiach bezpieczeństwa.
Dwie kobiety z Polski zostały ranne w wielkim pożarze, który wybuchł w Szwajcarii w sylwestrową noc
W Szwajcarii w sylwestrową noc wybuchł wielki pożar. Podczas imprezy sylwestrowej w barze La Constellation w kurorcie narciarskim Crans-Montana zapalił się sufit podczas zabawy fajerwerkami - kelnerzy trzymali w uniesionych rękach butelki po szampanie ze sztucznymi ogniami. Zginęło 40 osób, 119 zostało rannych. Ofiary to przede wszystkim Szwajcarzy, ale nie tylko. Także m.in. dwie kobiety z Polski, które zostały ranne. Zginęło 21 obywateli Szwajcarii, dziewięciu obywateli Francji, sześcioro Włochów, Belg, Portugalczyk, Rumun i obywatel Turcji. Najmłodsza z ofiar miała tylko 14, a najstarsza 39. Liczba zabitych może niestety wzrosnąć, bo stan wielu spośród 119 poszkodowanych jest ciężki lub bardzo ciężki. Wiele osób ma bardzo poważne poparzenia. Mnożą się doniesienia o tym, że bezpieczeństwo pożarowe feralnego baru było na bardzo niskim poziomie. Sufit, od którego zaczął się pożar, gdy dotknięto go sztucznymi ogniami w butelce po szampanie, zrobiono z niebezpiecznego, łatwopalnego materiału, a schody, którymi imprezowicze usiłowali wydostać się z podziemnej, płonącej części lokalu, po przebudowie były wyjątkowo wąskie. Prokuratura postawiła właścicielom baru, parze z Francji, zarzuty nieumyślnego spowodowania śmierci, nieumyślnego spowodowania obrażeń ciała i nieumyślnego podpalenia. Mężczyzna, Jacques Moretti, trafił do aresztu na wniosek prokuratury, jego żona Jessica przebywa w areszcie domowym.