W sieci pojawiły się filmy pokazujące wnętrze baru w Szwajcarii, gdzie w pożarze zginęło 47 osób
„Widziałem płonących ludzi… Widziałem ludzi płonących od stóp do głów, bez ubrań… To było szokujące. Chodziłem do tego baru codziennie przez cały tydzień – w dniu, w którym nie poszedłem, spłonął”. Tak 19-letni Oscar mówił w rozmowie ze Sky News o tym, co zobaczył w sylwestrową noc przed swoim ulubionym barem La Constellation w kurorcie narciarskim Crans-Montana. „Twarze niektórych osób były całkowicie spalone, jakby całkowicie zniknęły. Ludzie pytali mnie: «Czy jestem poparzony? Czy moja twarz jest poparzona?» Myślę, że adrenalina musiała sprawić, że nic nie czuli, bo byli kompletnie spaleni i nic nie czuli” - dodaje świadek. Inni opowiadają, że widzieli, jak ludzie próbują wybijać szyby krzesłami, ale bez skutku.
Na filmach widać, że początkowo ludzie w barze nie rozumieli powagi sytuacji i nie uciekali
Są też osoby, które dokładnie widziały moment wybuchu pożaru, który pochłonął życie aż 47 osób i spowodował poważne obrażenia u 115. Relacje tych osób, dwóch kobiet o imionach Emma i Albane francuskiemu kanałowi informacyjnemu BFM zgadzają się z tym, co widać na filmach pokazujących pierwsze chwile po pojawieniu się ognia. Nagrania te trafiły do mediów społecznościowych. Na pierwszym filmie widać, jak zaczyna płonąć sufit. Ktoś próbuje gasić go jakąś szmatą czy ubraniem, inni najwyraźniej nie zdają sobie sprawy z powagi sytuacji i filmują pożar telefonami, niektórzy po prostu dalej siedzą na swoich miejscach, wyraźnie przekonani, że ogień zaraz zostanie ugaszony. Na drugim filmie płomienie buchają już z okien... „W ciągu kilku sekund cały sufit stanął w płomieniach. Wszystko było drewniane, płomienie zaczęły bardzo szybko się rozprzestrzeniać" - mówiły Emma i Albane.
„200 osób próbowało wydostać się w ciągu 30 sekund po bardzo wąskich schodach”
Jak dodały, pożar wybuchł z powodu świeczek wkładanych w butelki po szampanie. Jeden z kelnerów z taką butelką w ręku miał siedzieć koledze na ramionach, a wtedy świeca dotknęła sufitu. Na nagraniach widać też, że niektórzy imprezowicze trzymali w rękach butelki z wetkniętymi w nie sztucznymi ogniami. Jak opowiadają Francuzki, miały ogromne szczęście, że uciekły, bo droga ewakuacyjna, w tym schody prowadzące z podziemnej części klubu na zewnątrz były bardzo wąskie. Około „200 osób próbowało wydostać się w ciągu 30 sekund po bardzo wąskich schodach” - opowiadają kobiety. Jak to możliwe, że schody były tak wąskie, że ktoś pozwolił na tak nieodpowiedzialne obchodzenie się z ogniem? "Daily Mail" podaje, że właścicielami klubu jest para Francuzów z Korsyki. Mężczyzny nie było w barze, gdy wybuchł pożar, jego żona była obecna i została poparzona w rękę. Bez wątpienia oboje będą musieli odpowiedzieć na wiele niewygodnych pytań.
