Władze miasta twierdzą, że fotoradaru domagali się... mieszkańcy, którzy są zmęczeni nieodpowiedzialnością kierowców przekraczających prędkość. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że jego właściciele nikogo o tym nie powiadomili (a powinni uzyskać zgodę zarządcy drogi i opinię policji).
- Zwróciliśmy się już do straży miejskiej z prośbą o wyjaśnienie tej sprawy - mówi "Gazecie Wyborczej" Renata Rybicka, rzecznik zarządu dróg wojewódzkich w Krakowie.
O nielegalnie ustawionym urządzeniu nie wiedziała też policja. Funkcjonariuszy zawiadomili kierowcy, których zdziwił fakt, że przed masztem nie ma znaku informującego o rejonie pomiaru prędkości. Wybór miejsca na ustawienie słupa dziwi tym bardziej, że na tym odcinku drogi wypadki są rzadkością.
- Proszę zapytać burmistrza, to on podjął decyzję w sprawie lokalizacji słupa - ucina Komendant straży miejskiej w Bochni Krzysztof Tomasik.
- Przecież wszyscy wiedzą, że burmistrz mieszka kilkaset metrów dalej, przy ulicy Grodeckiego - mówi jeden z mieszkańców, który chce pozostać anonimowy. Burmistrz Bochni Bogdan Kosturkiewicz odpiera zarzuty: - Kierowcy na tym odcinku jeżdżą jak szaleni. Tu jest ograniczenie do 50 km/h, a widziałem i takich, którzy grzali nawet 136 - mówi "GW" Kosturkiewicz.
Na potwierdzenie swoich racji podkreśla, że fotoradar zrobił już ponad 400 zdjęć piratów.