Spis treści
Sąd zaczyna wszystko od początku
Pierwszy proces ruszył w maju 2024 r. pod przewodnictwem sędzi Ewy Woźniak. Ostatnia rozprawa odbyła się w sierpniu 2025 r., a kolejna – wyznaczona na grudzień – już nie doszła do skutku. Choroba sędzi sprawiła, że konieczna była zmiana składu orzekającego, a to oznacza jedno: całe postępowanie trzeba przeprowadzić od nowa.
Nowy proces ruszył po niemal roku. Przewodniczy mu sędzia Sławomir Solnica. 30 lipca ponownie przesłuchano oskarżonego Marka T., pilota z ponad 45-letnim doświadczeniem. Mężczyzna nie zmienił swoich wyjaśnień – nie przyznał się do winy.
Oskarżony: „Skoczkowie sami decydują o wyposażeniu”
Marek T. przekonywał, że skoczkowie posiadający świadectwa kwalifikacji sami odpowiadają za sprzęt i decyzję o użyciu kamizelek ratunkowych. Twierdził, że przed feralnym lotem odbyła się odprawa instruktorów, sprawdzano pogodę i monitorowano wiatr – choć prokuratura kwestionuje te ustalenia.
Według oskarżonego do tragedii mogły przyczynić się decyzje samych skoczków już w powietrzu. Podkreślał, że robił wszystko, by skoki były bezpieczne, a dramatyczne wydarzenia „mocno go dotknęły”.
Świadek: „Widziałem, że samolot jest za daleko od brzegu”
W środę zeznawał świadek – tandem‑pilot i instruktor, który współpracował z Markiem T. przez dziewięć lat. Wypadek obserwował z lądu.
Opisał, że skoczkowie mieli wykonać formację RW‑4. Dwie kobiety – Agnieszka i Anna – miały pasy dociążające, by cała czwórka mogła utrzymać wspólną figurę.
- W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że samolot może być daleko od brzegu. Miałem nadzieję, że zawróci. Ale wtedy skoczkowie wyskoczyli. Do końca nie było wiadomo, czy dolecą do plaży - relacjonował świadek.
Dwóch mężczyzn wylądowało w płytkiej wodzie i wyszło o własnych siłach. Kobiety spadły około 250 metrów od brzegu.
Świadek zadzwonił do żony oskarżonego, by zaalarmować służby: „będziemy mieć skoczków w wodzie”. Dwóch skoczków z wcześniejszych skoków próbowało ratować kobiety, ale dopiero ratownicy WOPR i Brzegowej Służby Ratownictwa zdołali je wyciągnąć. Po około 20 minutach były już nieprzytomne. Mimo reanimacji nie udało się ich uratować.
Sąd przesłucha kolejnych świadków
Obrona wniosła o przesłuchanie trzech osób. Prokuratura chce, by zeznali dwaj skoczkowie, którzy przeżyli feralny skok, oraz biegły z zakresu katastrof lotniczych. Strony zgodziły się, by pozostałe zeznania zostały jedynie odczytane.
Kolejna rozprawa odbędzie się 21 października.
Jak doszło do tragedii?
5 sierpnia 2019 r. czterech skoczków – dwie kobiety (29 i 33 lata) oraz dwóch mężczyzn (37 i 33 lata) – wyskoczyło z samolotu Cessna startującego z Lotniska Bagicz. Po wykonaniu dwóch „gwiazd” mieli wylądować na plaży.
Druga figura się nie udała. Skoczkowie nie złapali się za ręce, otworzyli spadochrony i spadali z różnych wysokości oraz odległości od brzegu. Dwaj mężczyźni wylądowali blisko lądu. Kobiety – około 200 metrów od brzegu. Po 20 minutach wyciągnięto je z wody nieprzytomne.
Grozi mu osiem lat więzienia
Marek T. odpowiada z wolnej stopy. Za zarzucane mu czyny grozi do ośmiu lat więzienia. Rodziny ofiar od siedmiu lat czekają na finał sprawy, która – po raz kolejny – zaczyna się od początku.