W sobotę, 21 czerwca 2025 roku, na mieszkańców Raby-Wyżnej, czyli sporej wsi, która mieści się na skraju Podhala i Orawy, padł blady strach. Przypadkowy przechodzień z samego rana, około godziny 5:30, na jednej z ulic natknął się bowiem na zakrwawione zwłoki 45-letniej Katarzyny. Ludzie ją znali, dobra sąsiadka, ciesząca się nienaganną opinią: energiczna, wesoła, wspaniała matka. Tak o niej mówili. A teraz wokół jej ciała z raną postrzałową gromadzili się mundurowi. Podinspektor Katarzyna Cisło, rzeczniczka prasowa Komendy Wojewódzkiej Policji w Krakowie, przekazywała na gorąco w mediach, że ofiara leżała na ulicy, niedaleko miejscowego kościoła. - Została zastrzelona, a wezwane na miejsce oddziały natychmiast rozpoczęły poszukiwania jej męża. Wszystko wskazywało na to, że to on może być sprawcą zabójstwa – przekazywała podinspektor Cisło. Te domniemania okazały się później prawdą.
Stosował przemoc wobec żony, Katarzyna powiedziała "dość". Mirosław chciał jej dać nauczkę
- Znałam Katarzynę. Kibicowałam jej, gdy postanowiła odejść od męża. Nigdy nie pomyślałabym, że doprowadzi to do takiej tragedii – mówiła w rozmowie z „Onetem” pani Wiesława, mieszkanka Raby Wyżnej. To właśnie dziennikarz tego serwisu ustalił, że Mirosław P. miał stosować wobec swojej żony przemoc. Był starszy od Katarzyny o 12 lat, pochodził z innej części wsi. Stanęli na ślubnym kobiercu dawno temu, ale w ich życiu nie układało się najlepiej. Sąsiedzi nie są w stanie jednak potwierdzić, czy przemoc była w ich związku obecna od początku, czy pojawiła się dopiero z czasem. Prawie nigdy nie wyglądali jednak na szczęśliwych, choć doczekali się trójki dzieci. Przyczyną konfliktów miały być głównie sceny zazdrości, które mężczyzna urządzał młodszej żonie. W pewnym momencie Katarzyna postanowiła zabrać dzieci i zamieszkać u swoich rodziców.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
- Rozwodu chyba jeszcze nie mieli, ale ona go chciała. Być może złożyła właśnie papiery rozwodowe i jak on je dostał, to wpadł w taki szał, że ją zabił – zastanawiała się mieszkanka w rozmowie z Onetem. To oczywiście tylko przypuszczenia lokalnej społeczności.
Z ustaleń śledczych wynika, że Mirosław P. faktycznie stosował przemoc wobec Katarzyny. W aktach zamieszczono informacje o poprzednich interwencjach z tym związanych. Policja potwierdziła też, że kobieta przed śmiercią odeszła od męża i żądała rozwodu. Mężczyzna wiedział, gdzie obecnie przebywa jego była już partnerka, i to właśnie tam zaczaił się na nią. Schował się w pobliskich zaroślach, czekając aż Katarzyna wyjdzie z domu rodziców, a jego teściów, i uda się do pracy. - Nie wiem, z czego on strzelał, ale ja mieszkam 100-150 metrów dalej i nie słyszałam huku. Wybudziły mnie dopiero odgłosy policyjnych syren – mówiła sąsiadka rodziny. - On zastrzelił swoją żonę niedaleko od okien domu jej rodziców. Co ci ludzie muszą teraz przeżywać. Modlę się za nich i modlę się za dzieci Kaśki. Mam nadzieję, że nie widzieli zwłok mamy w kałuży krwi – dodawał kolejny mieszkaniec, pan Włodzimierz.
Policyjna obława za podejrzewanym Mirosławem trwała bardzo krótko. Jeszcze tego samego dnia udało się go odnaleźć. Kilkaset metrów od miejsca zdarzenia znajdowała się bowiem jedna z opuszczonych obór byłego PGR-u w Rabie Wyżnej. To właśnie tam, na tyłach przedwojennego Dworku Głowińskich, znajdował się mężczyzna. Okazało się, że jest martwy. Odebrał sobie życie z tej samej broni, z której wcześniej zastrzelił żonę – taka jest najbardziej prawdopodobna wersja wydarzeń, założona przez prowadzących śledztwo funkcjonariuszy.
Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.
Niejasne było, skąd Mirosław P. miał broń. Wiadomo, że nie była to broń czarno-prochowa, jak początkowo zakładali policjanci. Narzędziem zbrodni miała być broń ostra, więc pytania tak naprawdę się mnożą. - Na pewno nie miał na jej posiadanie zezwolenia – podkreślają mundurowi. Wśród badań, które musiały zostać przeprowadzone, była między innymi sekcja zwłok – zarówno ofiary, jak i sprawcy. Wciąż weryfikowana była też motywacja jego działań i to, czy rzeczywiście miała ona jedynie podłoże zazdrości i żądania rozwodu ze strony żony.
Czytaj również: Zabili swoją ofiarę i rytualnie zjedli części ciała mężczyzny. Odcięli głowę, rozebrali i wypatroszyli
- Kasia nie skarżyła się nikomu ze swoich problemów małżeńskich, choć wszyscy wiedzieli, że je miała. Tego nie dało się ukryć. Ona jednak była zapracowana: miała troje dzieci, którymi się zajmowała, i pracowała w sklepie – powiedziała koleżanka z pracy ofiary, w rozmowie z dziennikarzami „Super Expressu”, którzy byli na miejscu zdarzenia. Z ich relacji wynika, że Mirosław P. w przeszłości miał śledzić żonę i potajemnie ją nagrywać. Chciał mieć nad nią pełną kontrolę. Nikomu nie przyszło jednak przez myśl, że może pozbawić ją życia.
- Odkąd przeszedł na rentę, uroił sobie w głowie, że żona go zdradza, co było nieprawdą. W końcu sytuacja w domu stała się nie do wytrzymania, dlatego Kasia postanowiła od niego odejść – mówili sąsiedzi, którzy dodają, że wyprowadzka nic jednak nie dała, a nawet pogorszyła zachowania agresora. Miał nie dawać partnerce spokoju, wystawać przed miejscem pracy nawet po kilka godzin dziennie, nachodzić ją i grozić. Mieszkańcy wskazują, że otrzymał nawet zakaz zbliżania się do żony, który notorycznie łamał. Skoro więc było mnóstwo sygnałów o zbliżającym się niebezpieczeństwie, aż chciałoby się zapytać, czy służby mogły zrobić więcej, by uchronić ofiarę przed śmiercią i zapobiec tragedii?
Niebieska Karta, interwencje policji i brak należytej reakcji sądu. "Katarzyna mogła żyć"
Anita Leszaj, dziennikarka „Super Express”, ustaliła że Mirosław P. miał założoną Niebieską Kartę, a policja wnioskowała o tymczasowe aresztowanie mężczyzny, więc próby tych dodatkowych działań były podjęte. Spaliły jednak na panewce, ponieważ sąd odrzucił wniosek o odseparowanie podejrzanego od społeczeństwa. Gdyby decyzja była inna, dziś Katarzyna mogłaby żyć.
Zobacz również: Zabili trzy pracownice banku i ochroniarza. Kazali klękać kobietom, ofiary błagały o litość. Makabra w Warszawie
- Dzieci są pod opieką dziadków, rodziców Katarzyny. Jesteśmy bardzo zgraną społecznością lokalną, na pewno nie zostawimy ich samych bez pomocy. Myślimy także o zorganizowaniu zbiórki, by zabezpieczyć potrzeby dzieci. Na razie nie ma jeszcze konkretów – ujawniła Ewa Bielarczyk, sołtys Raby Wyżnej. Kobieta zapewniła też, że od razu po tragedii rodzice i dzieci ofiary zostali otoczeni opieką przez pracowników Gminnego Ośrodka Pomocy Społecznej. Zapewniono też wsparcie psychologiczne, a w gminie ogłoszono trzydniową żałobę. Pogrzeb Katarzyny odbył się natomiast 26 czerwca o godzinie 14:30 w Kościele Parafialnym w Rabie Wyżnej. 45-latka została pochowana na pobliskim cmentarzu.
- Droga do pracy zamieniła się w drogę do wieczności – mówił podczas kazania poruszony ksiądz, który osobiście znał kobietę i prosił o modlitwę w jej intencji. - Muszę dodać dwa zdania od nas, kolegów i koleżanek ze szkoły: 30 lat temu zakończyliśmy naukę w szkole podstawowej, w której Kasia była dobrą, uczynną koleżanką. Zdobywała wysokie stopnie, znała wyjątkowo dobrze ortografię, pisała świetnie dyktanda, ale przy tym nigdy się nie wywyższała. Odznaczała się pokorą – wspominał duchowny.
To niestety kolejna historia dotycząca zabójstwa z zazdrością w tle, podobna do tych, które poruszamy na naszych łamach. W tych przypadkach, w których sygnały ostrzegawcze pojawiają się wcześniej, trzeba oczekiwać stanowczych działań służb i sądów. Katarzyny już z nami nie ma, ale być może uda się dzięki temu uniknąć podobnych, tragicznych historii w przyszłości. Rodzina 45-latki nie zazna sprawiedliwości, ponieważ oprawca pokrzywdzonej sam sobie ją wymierzył. Pozostaje mieć nadzieję, że bliscy kobiety szybko dojdą po tym wszystkim do siebie, kiedy tylko służby wyjaśnią wszelkie okoliczności sprawy.