Ta sprawa była tak brutalna, że podczas procesu sąd – ku przestrodze - zgodził się na ujawnienie nazwisk i wizerunku oskarżonych. Do wstrząsających scen w banku przy ulicy Żelaznej 67 w Warszawie doszło dokładnie 3 marca 2001 roku. Nieznani początkowo sprawcy wtargnęli do budynku, by wykraść z placówki pieniądze. Liczyli na szybki zarobek. Pracownicy banku są przeszkoleni na wypadek tego typu incydentów, które zdarzają się niezwykle rzadko. Najważniejsze, by myśleli o swoim zdrowiu i życiu: to jest priorytet w takich sytuacjach, zresztą nie tylko w bankach, ale wszelkiego rodzaju instytucjach. Jednak mimo tego, że kasjerki nie utrudniały napadu, potraktowano je wyjątkowo brutalnie – podobnie jak ochroniarza, który pracował w placówce.
Zaplanowali napad i zrealizowali swój plan. Trzech wyjątkowo brutalnych sprawców
Jak okazało się w toku śledztwa, sprawców było trzech: byli wówczas po 20. roku życia, młodzi i porywczy: Krzysztof Matusik, Marek Rafalik i Grzegorz Szelest. Przed napadem spotykali się wielokrotnie, by uzgodnić szczegóły napadu. Musieli dobrze znać ten obiekt, ponieważ jeden z nich, Krzysztof Matusik, pracował jako ochroniarz dokładnie w tym samym banku, który postanowił obrabować. Krzysztof miał podstępem dostać się do środka budynku i niepostrzeżenie wpuścić kumpli. 3 marca 2001 roku przypadał w sobotę. Godziny otwarcia banku były więc krótsze. Sprawcy myśleli, że to będzie idealna okazja. Szybka akcja i ucieczka, byliby ustawieni do końca życia, jeśli udałoby im się wykonać skok bez większych przeszkód, choć później musieliby skutecznie ukrywać się przed organami ścigania, a to nie byłoby już takie proste. Najwyraźniej, w dniu napadu, o tym jeszcze nie myśleli. Chcieli skupić się na tym, by wszystko poszło zgodnie z planem.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
Dzień przed tragicznymi wydarzeniami, Krzysztof Matusik zamienił się w pracy zmianami z innym ochroniarzem, Stanisławem Woltańskim - mężczyzna był starszą, doświadczoną osobą. Ufał kolegom po fachu. Krzysztof wiedział, że gdy pojawi się w banku niezapowiedziany, Stanisław nie będzie niczego podejrzewał i wpuści go do środka. To dlatego ochroniarz został przez niego wytypowany. Znał go na wylot i postanowił wykorzystać jego dobre serce.
Krzysztof Matusik nie przeliczył się. Stanisław przejął jego zmianę i przyszedł do pracy tak, jak go poproszono. Nie widział w tym niczego podejrzanego, ot koleżeńska przysługa. Nad ranem w drzwiach budynku zjawił się jednak sprawca napadu. Miał przygotowaną wymówkę – zaczął opowiadać, że zapomniał zabrać służbowego stroju, a musiał zanieść mundur do prania. Stanisław otworzył drzwi i wpuścił go do środka. Nie wiedział, że ta decyzja sprowadzi na niego śmierć.
Zza Krzysztofa Matusika wyłonili się bowiem dwaj mężczyźni – Marek Rafalik i Grzegorz Szelest. Jak ustalili śledczy, to właśnie Szelest niemal od razu sięgnął po broń i strzelił do ochroniarza trzykrotnie. Nawet nie próbowali go ogłuszyć, obezwładnić, wybrać mniej brutalny sposób na to, by im nie przeszkadzał. Postanowili zwyczajnie, z zimną krwią, zamordować mężczyznę. Później jego ciało ukryli w studzience rewizyjnej w podłodze.
Strzały nikogo nie zaalarmowały, bo kasjerek jeszcze nie było w pracy. Sprawcy specjalnie przyszli wcześniej, bo wiedzieli, że jako pierwszy w budynku pojawi się ochroniarz – że będzie sam i nikt mu nie pomoże, nie pokrzyżuje ich planów. Sprawcy napadu mieli czas, by uprzątnąć miejsce zbrodni – posprzątali krew, schowali ciało. Krzysztof Matusik przebrał się z kolei w strój pracownika ochrony i udawał, że po prostu przyszedł na zmianę. Nie wzbudził swoim zachowaniem podejrzeń kobiet, w końcu znały go i wiedziały, że tu pracuje. Wpuścił je do środka, gdy przyszły do pracy, jak gdyby nigdy nic. Przywitał kobiety z uśmiechem: Agnieszkę Radulską, Anię Zembaty oraz Mariolę Młynarską.
Ofiary zeszły do piwnicy, gdzie znajdował się sejf z pieniędzmi. Miały pobrać gotówkę, jak co dzień. Prędko zdały sobie sprawę, że są w śmiertelnym niebezpieczeństwie. Oprócz Krzysztofa Matusika, który szedł za nimi, na dole znajdowali się już bowiem pozostali oprawcy. Zaczęli grozić kobietom, terroryzować je. Ale obiecywali, że nic im nie zrobią, jeśli będą współpracować. Zastraszone pracownice banku posłuchały, stosowały się do wytycznych. Sejf został otworzony.
Po zobaczeniu jego zawartości, sprawcy wpadli w szał. Liczyli na to, że obłowią się do końca życia, że znajdą tam kosmiczne kwoty pieniędzy, mieli nadzieję nawet na milion złotych. Tymczasem w selfie znajdowała się zaledwie równowartość 100 tys. złotych – ponadto nie wszystko w gotówce.
Nie wszystko poszło tak, jak oczekiwali. Złość przejęła nad nimi kontrolę. "Doszło do egzekucji"
Złość przepełniła mężczyzn. Ale to nie ona, według śledczych, miała być powodem tego, że postanowili zamordować kobiety. Ich zdaniem, od początku plan oprawców zakładał nie pozostawienie świadków. Bali się, że kasjerki zdradzą ich tożsamość śledczym. Grzegorz Szelest, ten sam mężczyzna, który strzelił do ochroniarza, dokonał egzekucji. Bez żadnej litości zastrzelił wszystkie trzy kobiety, nie oszczędził żadnej. Agnieszka, Ania, Mariola – pracownice banku były mordowane jedna za drugą, po kolei, co ujawniło policyjne śledztwo.
Czytaj także: Były policjant zabił budowlańca! Marcin Z. odciął mu głowę i ręce. Żona sprawcy: "Źle wykonał tynki"
Jak relacjonowali funkcjonariusze, jako pierwsza zginęła kobieta, która stała przy kasie pancernej. Kazali jej klęczeć. Błagała o litość, prosiła, by jej nie zabijać. Ale Grzegorz Szelest strzelił jej w głowę, na oczach koleżanek. Podszedł do następnej i zrobił to samo. Przy trzeciej ofierze najwyraźniej się zawahał, a może ofiara próbowała uniknąć śmierci? Strzał chybił i nie zabił kobiety od razu. Poszkodowana ciężko ranna upadła na ziemię. Próbowała się podnieść, rozpaczliwie łapała każdy oddech. Grzegorz Szelest wykazał się wtedy niewyobrażalnym okrucieństwem. Przykucnął przy niej i zaczął uderzać kobietę po głowie kolbą pistoletu. Zatrzymał się dopiero wtedy, gdy przestała się ruszać. Makabryczne sceny, jakie rozegrały się w piwnicy banku, wstrząsnęły nawet śledczymi, którzy zjawili się potem na miejscu.
Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.
Po tym, jak oprawcy zamordowali świadków zdarzenia, chwycili za łup. Całość zapakowali do samochodu, a później ruszyli w drogę. Z Warszawy pojechali do Łochowa, miejscowości w województwie mazowieckim, która mieści się w powiecie węgrowskim. Tam spalili również swoje ubrania. Zadbali też o alibi, by odsunąć od siebie ewentualne podejrzenia. Pojechali bowiem na przysięgę wojskową na plac Piłsudskiego.
Jak śledczy dowiedzieli się o tym, co stało się w banku w Warszawie? Kierownika placówki poinformował młody mężczyzna, który był umówiony tego dnia na spotkanie z jedną z kasjerek. Nie mógł skontaktować się ze swoją dziewczyną, a ta nie przyjechała na umówione miejsce. Pojechał więc przed bank, drzwi były zamknięte. Tak się złożyło, że wiedział, którą drogą poinformować kierownika, szefa kobiety – tak też zrobił, a mężczyzna po przyjechaniu na miejsce wezwał policję i kazał wyważyć drzwi. Początkowo wydawało się, że nikogo nie ma w środku. Mundurowi zeszli wtedy do piwnicy i zobaczyli makabryczny widok, który – jak mówili – zapamiętają do końca życia.
Trzy ciała kobiet w kałuży krwi dostrzeżono od razu, sprawcy nie próbowali ich nawet ukryć. Najdłużej trwały poszukiwania ochroniarza. Ciało pana Stanisława odnaleziono w studzience dopiero po kilku godzinach od przybycia policjantów na miejsce.
Bandyci łup podzielili po równo. Chcieli obłowić się do końca życia, a ostatecznie pieniądze bardzo szybko wydali. Roztrwonili środki na skórzane kurtki i złote łańcuchy, resztę przepili na licznych dyskotekach, w których bawili się w najlepsze.
Sąd bezlitosny dla sprawców napadu. Zarzuty i wyroki usłyszały też inne osoby
Śledztwo, mające na celu udowodnić winę mężczyznom, nie trwało przesadnie długo, choć przez pewien okres mocno się przeciągało. Sprawców zatrzymywano łącznie aż pięć razy, ale później ich wypuszczano ze względu na brak wystarczających dowodów, wskazujących na ich winę. Funkcjonariusze nie mogli uwierzyć, że ktoś mógł z zimną krwią zamordować aż cztery osoby, w dodatku w tak brutalny sposób, dla zaledwie 100 tysięcy złotych. Myśleli, że oprawcy może chcieli wykraść kody bankowe z komputerów. Ale tak się nie stało. Ci naiwnie myśleli, że w sejfie będzie więcej pieniędzy.
Zobacz również: Zabili Darka, bo nie chciał im kupić napojów. Położyli 24-latka na torach, a pociąg odciął mu głowę
Po czterech miesiącach od napadu nastąpił przełom w śledztwie. Policjanci znów zatrzymali podejrzanych, a podczas badania wykrywaczem kłamstw jeden z nich pękł i przyznał się do zbrodni. Był to Marek Rafalik. Do pozostałych sprawców, Krzysztofa i Grzegorza, niemal od razu pojechali antyterroryści. Mężczyźni przebywali na terenie Łochowa. Funkcjonariusze wtargnęli do budynku, w którym podejrzani się znajdowali, powalili ich na ziemię i zatrzymali.
Jakiś czas później odbyła się wizja lokalna, której przebieg zszokował opinię publiczną. Sprawcy zachowywali się bowiem tak, jakby nic złego nie zrobili. Bez emocji, ze szczegółami mrożącymi krew w żyłach, opisywali krok po kroku, jak dokonali zbrodni. Śledczy mówili potem w rozmowach z dziennikarzami, że nie widzieli w sprawcach skruchy.
Finalnie mężczyźni zostali zatrzymani w lipcu 2001 roku, a 4 marca 2002 roku stanęli przed sądem. Obciążające zeznania złożył między innymi brat jednego ze sprawców, któremu ci polecili spalić ubrania używane w trakcie napadu. Wyroki oprawcy usłyszeli po nieco ponad roku od tragicznych wydarzeń, 3 czerwca 2002 roku. Wszyscy trzej sprawcy zostali skazani na karę dożywotniego więzienia. Grzegorz Szelest, który zastrzelił cztery ofiary, będzie mógł starać się o przedterminowe zwolnienie po 40 latach, Krzysztof Matusik po 35 latach, a Marek Rafalik po 25 latach. Wyrok usłyszała również partnerka Marka Rafalika, u której sprawcy ukryli część łupu – postawiono jej zarzuty dotyczące niepowiadomienia o zabójstwie, kradzieży i paserstwa. Właśnie o paserstwo oskarżono także ojca kobiety. Ona została skazana na 6 lat więzienia, a jej ojciec na dwa lata pozbawienia wolności w zawieszeniu na pięć lat.
Sprawę w Warszawie media okrzyknęły najbrutalniejszym napadem w historii Polski.