Marek D., właściciel firmy budowlanej z Warszawy, został wynajęty przez byłego policjanta, Marcina Z., do wykonania prac na terenie domu. Niewykończony budynek znajdujący się w w Solcu pod Górą Kalwarią wymagał jeszcze robót potrzebnych do zakończenia inwestycji. Pokrzywdzony wykonał swoją pracę, roboty tynkarskie, a następnie pojechał odebrać zapłatę za to, co zrobił. To był 5 czerwca 2024 roku. Marek D. pojawił się przed domem swojego oprawcy i zażądał przekazania mu zaległych 20 tysięcy złotych. Wtedy 53-latek został zaatakowany i brutalnie zamordowany. Były policjant najpierw użył paralizatora, by obezwładnić swoją ofiarę, a kiedy Marek D. stracił przytomność, użył ostrych narzędzi, żeby odciąć mu głowę i ręce. Rozczłonkowane ciało jeszcze podpalił, by następnie ukryć je wśród materiałów budowlanych. Szczątki przykrył dość nieudolnie, folią, i tak zostawił. Z ustaleń śledczych wynika, że nie wiedział, co ma dalej zrobić, a zanim wymyślił dalszy plan – jego drogi skrzyżowały się z policją.
Marcin Z. przekonywał, że to był nieszczęśliwy wypadek. "Wszystko wydarzyło się tak nagle"
Nagłe zniknięcie 53-latka zaalarmowało bowiem jego rodzinę. Gdy bliscy nie mogli się z nim skontaktować, postanowili zawiadomić funkcjonariuszy. Wiedzieli, że Marek pojechał do klienta odebrać pieniądze, więc poszukiwania mężczyzny nie trwały długo. Już po kilku dniach mundurowi pojawili się na placu budowy, gdzie pod folią ujawnili zwłoki zamordowanego i należące do niego dokumenty. 45-letni Marcin Z., emerytowany policjant, został natychmiast zatrzymany, a sprawa trafiła do Prokuratury Rejonowej w Wołominie, która zadecydowała o jego aresztowaniu i oskarżeniu o zabójstwo. Z ówczesnych ustaleń funkcjonariuszy wynikało, że sprawca zabił, bo chciał uniknąć zapłacenia faktur. Proces ruszył stosunkowo szybko i wtedy poznaliśmy nieco inną wersję wydarzeń, którą przedstawił oskarżony. Marcin Z. wyjaśniał, że śmierć tynkarza była skutkiem nieszczęśliwego wypadku. Przekonywał, że już wcześniej zapłacił mężczyźnie pieniądze za wykonaną pracę, lecz ten próbował go naciągnąć i zgłosił się po więcej. Gdy były policjant nie chciał zgodzić się na takie warunki, doszło do kłótni, która zakończyła się bójką.
Poznaj więcej historii: Pokój Zbrodni
- To wszystko wydarzyło się tak nagle, że większości z tego nie pamiętam – przekonywał w sądzie Marcin Z. – Do tej pory mam problemy z pamięcią. Nie wiem, jak to się zakończy. Wiem tylko, że zniszczyłem życie nie tylko rodzinie ofiary, ale i mojej własnej. Będę się z tym borykać do końca swojego życia. Przepraszam rodzinę ofiary za to, co zrobiłem. Nie potrafię tego wytłumaczyć – podkreślał, prosząc o łagodny wymiar kary. Ale zebrany materiał dowodowy przeczył temu, co mówił. Śledczy ustalili, że Marcin Z. borykał się z problemami finansowymi, dlatego nie mógł zapłacić pełnej kwoty za wykonaną pracę. Sąd ocenił, że wyjaśnienia oskarżonego są niewiarygodne, a jego działania były zaplanowane, przemyślane i zrealizowane. Trudna sytuacja finansowa, w ocenie sądu, mogła wywołać taki efekt w myśleniu oskarżonego. - Znalezienie się w kłopotach finansowych bardzo często jest motywacją, która prowadzi do takich zbrodni. I zdaniem sądu nie inaczej było w tym przypadku. Oskarżony próbował po prostu pozbyć się swojego wierzyciela: takimi metodami, jakie były dostępne – podkreślał sędzia Maciej Gruszczyński. Wśród argumentów przemawiających za tą tezą wymieniono między innymi fakt, że były policjant miał ze sobą paralizator, rozczłonkował ciało swojej ofiary, próbował je ukryć i zacierał ślady. To miało świadczyć o celowości, a nie przypadkowości jego działań.
Taką narrację wzmacniała strona oskarżająca. Prokurator Michał Magier wyliczał, że do zapłaty za wykonane prace w istocie nie doszło wcale, a działania oskarżonego były konsekwentne. – To on był nierzetelnym dłużnikiem, a nie Marek D. – zaznaczał prokurator. Kluczowa w tej sprawie okazała się opinia biegłego z zakresu medycyny sądowej, która wykazała, że przyczyną zgonu ofiary była dekapitacja, czyli pozbawienie głowy, a nie obrażenia wynikające z rzekomej bójki. To burzyło teorię, jakoby poszkodowany miał umrzeć w wyniku nieszczęśliwego wypadku podczas wymiany ciosów, a rozczłonkowanie było wynikiem paniki i chęcią tylko ukrycia ciała. W efekcie to właśnie użycie ostrych narzędzi dopiero doprowadziło do zgonu.
- Niewątpliwie mamy do czynienia ze sprawą wyjątkową, jeśli chodzi o zabójstwo, ze względu na bezprecedensową brutalność i ze względu na motywację sprawcy - powiedział przedstawiciel oskarżycielek posiłkowych, członkiń rodziny zamordowanego. Jak zaznaczył, żaden dowód nie potwierdza tezy, że Marek D. mógł zaatakować oskarżonego. Oceniono te słowa jako nieprawdę.
Awantura o pieniądze. Kto kłamie? Obrona: "Oskarżony działał w afekcie"
Oczywiście druga strona postępowania konsekwentnie odpierała zarzuty prokuratury, twierdząc że Marcin Z. rozliczył się za wykonane prace. Mecenas Paula Wierzbicka wyliczała ponadto, że nie ma twardych dowodów na użycie paralizatora w tej sprawie, a na ciele podejrzanego odnotowano obrażenia wskazujące na bójkę, natomiast Marcin Z. od początku podkreślał, że żałuje przebiegu tego zdarzenia. Adwokatka zwróciła również uwagę na to, że mimo istniejących ku temu przesłanek sąd nie zdecydował się na wysłanie byłego policjanta do obserwacji psychiatrycznej, a jego stan zdrowotny, zdolność do kierowania własnym losem, a co za tym idzie poczytalność, oceniono na podstawie krótkiego badania psychologicznego. Obrona tym samym wniosła o zmianę kwalifikacji czynu na pobicie ze skutkiem śmiertelnym i znieważenie zwłok. – Oskarżony działał w afekcie, nie pamięta pobudek, którymi się kierował. Wnoszę o wymierzenie łagodnej kary – podkreślała obrończyni Marcina Z.
Czytaj także: Andrzej G. wkładał ludziom w miejsca intymne żyletki i dezodorant. Jednemu obciął genitalia! Wśród ofiar 13-latek
30 czerwca 2025 roku, po wysłuchaniu obu stron postępowania, sąd podjął decyzję w tej sprawie. Zgodnie z wyrokiem, Marcin Z. został skazany na karę 30 lat pozbawienia wolności. Zobowiązano go również do zapłaty 250 tysięcy złotych zadośćuczynienia dla żony i córki ofiary. Taki wyrok argumentowano faktem dokładnej oceny zachowania sprawcy, podniesiono jego wcześniejszą niekaralność i skruchę, którą wyraził. I choć majątkowy charakter zbrodni zasługiwał w ocenie sądu na potępienie, to nie doszukano się szczególnego okrucieństwa sprawcy. - Powodem była dotychczasowa linia życia oskarżonego, który w przeszłości był policjantem, normalnie funkcjonował, pracował zawodowo, ma rodzinę, ma stabilną sytuację osobistą. W przypadku tego oskarżonego sąd nie dostrzegł aż takich powodów, które nakazywałyby wyeliminowanie go na zawsze z życia społecznego – argumentował sąd. - Zabicie człowieka z takim okrucieństwem, poćwiartowanie ciała, zasługuje na najwyższy wymiar kary. Jeżeli za to jest 30 lat, to co trzeba zrobić, żeby dostać dożywocie w tym kraju? Ten człowiek może wyjść po tym czasie i dalej być niebezpieczny dla innych – kontrowali bliscy zamordowanego.
Jak nietrudno się domyślić, żadna ze stron nie była zadowolona z takiego obrotu spraw, więc wszyscy złożyli odwołania. Prokuratura domagała się zaostrzenia wyroku do dożywotniego więzienia, a obrona zmiany kwalifikacji czynu i złagodzenia kary. Żona skazanego w rozmowie z reporterami programu „Uwaga! TVN” powiedziała, że nie wierzy w zabójstwo zamierzone. – Z jednej strony człowiek, którego wiele lat kochałam, siedzi w więzieniu za taki czyn. Z drugiej strony mamy dzieci, które bardzo go kochają i ja muszę to robić dla nich też – podkreśliła kobieta, w której ocenie kara 30 lat to „za dużo”. – Oni walczą o mniejszy wyrok, bo on ma dzieci i chciałby widzieć ich ważne momenty w życiu. A ten człowiek mi to odebrał. Ja z tatą już nigdy nie porozmawiam, nigdy go nie przytulę. Nie ma dnia, żebym nie myślała, że chciałabym porozmawiać z tatą, że chciałabym go zobaczyć chociaż na minutę. Nie ma dnia od tych dwóch lat, żebym za nim nie tęskniła – odpowiadała w tym samym programie pani Nikola, córka ofiary. Żona pana Marka, z którą był od 30 lat, dodała że snuli plany na przyszłość. - Zostaliśmy sami w domu, bo córka się już wyprowadziła. Myśleliśmy o tym, kiedy córka wyjdzie za mąż, kiedy będziemy mieli wnuki, gdzie będziemy z nimi wyjeżdżać - opowiadała w TVN-ie pani Monika.
Zobacz galerię zdjęć. Dalsza część materiału znajduje się pod nią.
Były policjant zastawił pułapkę na pana Marka. "W chwili ćwiartowania ciała, ofiara jeszcze żyła"
Z relacji rodziny ofiary wynika, że były policjant, który na emeryturze dorabiał jako kierowca ciężarówki, mający troje dzieci, od początku wzbudzał podejrzenia firmy budowlanej. Wcześniej miał ponoć nie zapłacić murarzowi, więc o uregulowanie płatności w sprawie tynków też się martwili. W końcu jednak, jak relacjonuje żona zamordowanego mężczyzny, Marcin Z. sam zadzwonił do jej męża i umówił się z nim na terenie budowy. Tak jakby planował pozbawienie go życia. Gdy pan Marek nie wrócił, rodzina wykorzystała nadajnik GPS w jego samochodzie, który zaprowadził ich na przydrożny parking w pobliżu lasu. Auto zostało tam porzucone, było otwarte, z kluczykami w środku. Wtedy bliscy wezwali policję, a funkcjonariusze odkryli mroczną prawdę o tym, co się stało. Zajęło im to zaledwie 14 godzin. Żona sprawcy poddaje w wątpliwość przebieg zdarzenia ustalony przez śledczych, też podnosi argumenty o bójce, dziwi się, że mąż miałby zaplanować coś takiego, bo do tej pory uchodził za spokojnego i prawego człowieka. Na pytanie, czemu w takim razie nie zadzwonił na pogotowie albo policję, odpowiada że nie wie. - Pytałam o to męża, ale nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie. Ma luki w pamięci - stwierdziła kobieta.
Zobacz również: Zabili Darka, bo nie chciał im kupić napojów. Położyli 24-latka na torach, a pociąg odciął mu głowę
Biegli ustalili, że w chwili rozpoczęcia ćwiartowania ciała ofiary, pan Marek jeszcze żył. Morderca miał jednak nie zdawać sobie z tego sprawy. - Gdyby z premedytacją dopuścił się tych działań, wiedząc że ta osoba żyje, sądzę że kara byłaby nadzwyczajna - stwierdziła sędzia. Były policjant myślał, że paralizator lub skutki pobicia okazały się śmiertelne, a w efekcie pokrzywdzony stracił tylko przytomność. Być może nie dopuściłby się zabójstwa i ćwiartowania ciała, gdyby o tym wiedział, ale to tylko spekulacje. Faktem pozostaje, że zrobił to, chcąc zatrzeć ślady, i doprowadził do śmierci pana Marka. - Gdy się o tym dowiedziałam, nie dowierzałam, płakałam, nie spałam i chyba tylko zadawałam sobie pytanie „dlaczego?”. W dalszym ciągu tego nie rozumiem. Mój mąż też nie potrafi odpowiedzieć na to pytanie – powiedziała żona oskarżonego Marcina Z. przed kamerami programu „Uwaga! TVN”. - Człowiek całe życie spokojny i naprawdę z nieposzlakowaną opinią dopuszcza się takiego czynu? To jest zastanawiające. Nie został skierowany na obserwację psychiatryczną, a uważam, że to jest zasadne, chociażby po to, żeby wiedzieć, czy mąż jest zdrowy, czy nie – podsumowała kobieta.
Jak ustalili dziennikarze, na trzy godziny przed dokonaniem zabójstwa Marcin Z. kupił w sklepie budowlanym wiadro, palnik gazowy, folię malarską i rękawice. Użył potem tych przedmiotów do ukrycia ciała, co sugeruje, że zbrodnię zaplanował. Te informacje potwierdzili przedstawiciele sądu. - W związku z tym mówienie o tym, że doszło do jakiegoś nieprzewidzianego zdarzenia, do jakiejś bójki, do jakiegoś sporu na tym tle, przez sąd zostało odrzucone – podkreślono.
Żona skazanego szokuje w mediach. Żądała od rodziny ofiary pieniędzy! "Źle wykonał tynki"
Nawet tak kategoryczne stanowisko sądu nie przekonuje jednak żony skazanego, która nie tylko twierdzi, że mąż robił codziennie tego typu zakupy na budowę, ale przyznaje również wprost, że normalnie potrafi spojrzeć swojemu mężowi w oczy po tym, co się stało. - Ja naprawdę bardzo współczuję tej rodzinie, natomiast nie godzę się z wersją przyjętą przez sąd i muszę myśleć o sobie oraz dzieciach - powiedziała. W programie "Uwaga! TVN" ustalono, że kobieta zażądała nawet od rodziny ofiary pieniędzy, 10 tysięcy złotych, za rzekomo źle wykonane tynki - już po śmierci pokrzywdzonego. Nie widzi w tym nic niestosownego. - Nie mam się czego wstydzić, wystąpiłam z tym roszczeniem w momencie, kiedy oni wystąpili z roszczeniem zwrotu pieniędzy - stwierdziła. Jednocześnie kobieta skonfrontowana z dokumentacją, z której wynika, że Marcin Z. odebrał tynki, podpisał protokół odbioru, nie wniósł żadnych zastrzeżeń i nie miał też dowodu rzekomej zapłaty za wykonaną usługę, odpowiedziała że mąż - tu cytat - „nie miał w zwyczaju czytać tego, co podpisuje”. Absurd to mało powiedziane. Rodzina zamordowanego pana Marka, zgodnie z ich relacją, wygrała sprawę cywilną w sądzie dotyczącą tych opłat, ubolewając że w postawie drugiej strony brakuje jakiejkolwiek skruchy. - Ja nie mam za co przepraszać pani Moniki i pani Nikoli. Mój mąż przeprosił. Ja mogę jedynie wyrazić współczucie. Nie mogę być odpowiedzialna za dorosłego człowieka – podsumowała żona oskarżonego o zabójstwo mężczyzny.
Ponowny proces w sprawie Marcina Z. miał rozegrać się przed Sądem Apelacyjnym w Warszawie i tak też się stało: pierwsza rozprawa odbyła się 23 lipca 2026 roku. Od razu pojawiły się pewne problemy, bowiem w przeddzień rozprawy do sądu wpłynęło uzupełnienie apelacji przygotowane przez obrońców wraz z licznymi, nowymi wnioskami dowodowymi. Sędzia Ewa Leszczyńska-Furtak nie kryła, że tego rodzaju wnioski należy składać z odpowiednim wyprzedzeniem, a nie – tu cytat – „zaskakiwać sąd w przeddzień rozprawy”, skoro ta została wyznaczona znacznie wcześniej. – Te wnioski dotarły do pięcioosobowego składu sędziowskiego rano, nie mieliśmy możliwości przygotować się do ich rozpoznania – podkreślała sędzia.
Adwokat Natalia Ciołek wskazała, że nie było możliwości złożenia części tych wniosków wcześniej, ponieważ odnoszą się one do zawartości płyt, o które obrona wielokrotnie występowała, lecz otrzymała je dopiero tydzień wcześniej. Co jednak znajdowało się w dokumentacji? „Super Express” wyliczał, że nowe wnioski dotyczyły między innymi przesłuchania świadków, dołączenia rozliczenia podatkowego Marcina Z. za 2024 rok, ponownego zbadania jego stanu psychicznego oraz opinii dotyczących działania paralizatorów i możliwości utraty przytomności po ich użyciu. Obrona poruszyła również sprawę uszkodzonego dysku z materiałem dowodowym. Wniosła o zwrócenie się do biegłego o udostępnienie zapisu w takiej formie, aby możliwe było jego odczytanie. W związku z nowymi wnioskami, sąd zdecydował się odroczyć rozprawę o kolejne kilka miesięcy. Pełnomocnik rodziny ofiary nie krył zaskoczenia tym faktem.
Pierwszy wyrok surowy dla oprawcy, ale czeka nas jeszcze apelacja. Sprawa została odroczona
− Nie widząc jeszcze tego pisma, chciałbym wskazać, że kolejne przesłuchanie świadków jest bezcelowe. Badanie stanu majątkowego, dokumentacja podatkowa za 2024 rok, kwestie dotyczące emerytury czy możliwości uregulowania faktury pozostają bez znaczenia dla rozpoznania tej sprawy − powiedział, dodając, że nie widzi podstaw do kolejnych opinii psychiatrycznych ani psychologicznych, czy też związanych z użyciem paralizatora. − Najbardziej doświadczony biegły w Polsce już wypowiedział się w tej sprawie. Nie mam wątpliwości, że ten wniosek nie powinien zostać uwzględniony. Podobnie w przypadku obserwacji psychiatrycznej czy badania przez psychologa klinicznego. Opinie w tym zakresie już są i nie dostrzegam w nich błędów − podkreślał.
Po wysłuchaniu stron, sąd odroczył rozprawę do 6 października 2026 roku. Do tego czasu obrona ma przekazać wszystkim uczestnikom postępowania odpis uzupełnienia apelacji wraz z nowymi wnioskami dowodowymi. Pozostałe strony będą miały siedem dni na zajęcie stanowiska. Dopiero później sąd zdecyduje, które z tych wniosków rozpozna.
− To bardzo trudna i skomplikowana sprawa pod względem dowodowym. Nie można stawiać ani stron, ani sądu w sytuacji, w której nie ma możliwości dokładnego rozpoznania wszystkich kwestii. To, co państwo widzą na sali, jest wynikiem żmudnej pracy całego składu. To wypadkowa wielu działań − mówiła sędzia, uzasadniając swoją decyzję.
Po wyjściu z sali, na korytarzu aż buzowały emocje. Rodzina zamordowanego Marka D. liczyła na zakończenie postępowania apelacyjnego i nadal domaga się dla Marcina Z. kary dożywotniego więzienia. Bliscy nazwali przebieg rozprawy „kpiną”. Ich pełnomocnik, mecenas Wojciech Kępka-Mariański, przyznał że również jest rozczarowany. Jego zdaniem przewód sądowy mógł zakończyć się już podczas tego posiedzenia, a tak się nie stało.
Gdy przygotowywaliśmy ten materiał, postępowanie apelacyjne nadal było w toku.